czwartek, 30 sierpnia 2018

Rysowanie profilu wysokości w R

Ze śladu GPX prostym skryptem wyciągam co trzeba tworząc plik CSV o następującej zawartości (nazwy kolumn: data-czas,wysokość,prędkość,dystans przebyty):

daytime;ele;speed;dist  

Teraz poniższym skryptem rysuję profile wysokości (wysokość/prędkość vs czas oraz wysokość/prędkość vs dystans)

library(reshape)
require(ggplot2)

graphWd <- 6
graphHt <- 5

args = commandArgs(trailingOnly = TRUE);

if (length(args)==0) { stop("Podaj nazwę pliku CSV", call.=FALSE) }

fileBase <- gsub(".csv", "", args[1]);
outFile1 <- paste (fileBase, "_1.pdf", sep = "");
outFile2 <- paste (fileBase, "_2.pdf", sep = "");

what <- args[2];

# http://stackoverflow.com/questions/7381455/filtering-a-data-frame-by-values-in-a-column
d <- read.csv(args[1], sep = ';',  header=T, na.string="NA");
coeff <- median(d$ele)/median(d$speed)
d$speed <- d$speed * coeff


p1 <- ggplot(d, aes(x = as.POSIXct(daytime, format="%Y-%m-%dT%H:%M:%SZ"))) +
  geom_line(aes(y = ele, colour = 'wysokość', group = 1), size=1.5) +
  geom_line(aes(y = speed, colour = 'prędkość', group = 1), size=.5) +
  stat_smooth(aes(y=speed, x=as.POSIXct(daytime, format="%Y-%m-%dT%H:%M:%SZ"), colour ='prędkość wygładzona')) +
  ylab(label="Wysokość [mnpm]") +
  xlab(label="czas") +
  scale_y_continuous( sec.axis = sec_axis(name="Prędkość [kmh]",  ~./ coeff)) +
  labs(colour = paste( what )) +
  theme(legend.position="top") +
  theme(legend.text=element_text(size=12));
p1
ggsave(file=outFile1, width=graphWd, height=graphHt )

p2 <- ggplot(d, aes(x = dist)) +
  geom_line(aes(y = ele, colour = 'wysokość', group = 1), size=1.5) +
  geom_line(aes(y = speed, colour = 'prędkość', group = 1), size=.5) +
  ##geom_smooth() +
  stat_smooth(aes(y=speed, x=dist, colour ='prędkość wygładzona')) +
  ylab(label="Wysokość [mnpm]") +
  xlab(label="dystans") +
  scale_y_continuous( sec.axis = sec_axis(name="Prędkość [kmh]",  ~./ coeff)) +
  labs(colour = paste( what )) +
  theme(legend.position="top") +
  theme(legend.text=element_text(size=12));
p2

ps <- stat_smooth(aes(y=speed, x=dist));

ggsave(file=outFile2, width=graphWd, height=graphHt )

Teraz na koniec ciekawostka. Mój smartfon produkuje pliki GPX z superdokładnym stemplem czasu np. 2018-08-23T04:52:43.168Z, na czym wysypuje się R. Po prostu usuwam część po kropce dziesiętnej oraz samą kropkę (tj. .168Z) i działa.

Wycieczka do Gruzji #4

Pierwszy raport (może będzie później bardziej szczegółowy)...

Dojazd 18--19.08

Wyjazd 8:20 z Sopotu na Lotnisko Katowice-Pyrzowice. Po drodze przystanek w Częstochowie w lokalu Bistro-Setka (polecamy). Samochód został na parkingu Wczasowicz (też polecamy).

Start krótko po 17:00 Lądowanie w Kutaisi około 22:00 (różnica czasu). Od razu lecimy po gruzińską kartę SIM. Mamy wprawdzie gruzińskie SIMy z poprzedniej wycieczki, ale akurat nie ma tej konkretnej firmy w Kutaisi na lotnisku (karta była kupowana w Tbilisi). Ponieważ jest jedenasta w nocy, ponieważ rano pojedziemy na zadupie gdzie w ogóle nic przypuszczalnie nie załatwimy i ponieważ karta kosztuje zaledwie kilka lari kupujemy nowe. Procedura jest szybka i sprawna tyle, że moja karta nie działa. Nie było czasu na reklamacje, ważniejsze było dostanie się do Kutaisi więc problem odpuściłem. Kupiliśmy bilety na marszrutkę i pojechaliśmy do miasta. Po drodze dołączyliśmy do dwójki dziewczyn z PL, które miały rezerwację w hostelu. One miały, my nie ale też nas przenocowali za 15 GEL/osobę. Do tego zamówili taksówkę na rano na dworzec autobusowy skąd odchodzą marszrutki do Mestii. Bilet do Mestii kosztuje 25 lari. Odjazd o 8:00.

Po dotarciu do Mestii spotykamy się z naszym przewodnikiem, który wiezie nas na kwaterę. Mówiąc całkiem szczerze to kupiliśmy kota w worku. Zabrałem się bowiem za organizowanie naszego trekingu na tyle późno, że przewodnika wynajeliśmy w klasycznej strategii rozpoznania walką. Po wpisaniu w google trekking Mestia Ushguli, wysłałem mejla do firmy, której strona/opis mi się spodobała. Firma odpisała że jak najbardziej a nawet w terminie 20--23 będzie przewodnik mówiący po polsku. OK, wchodzimy w to. Teraz w Mestii poznajemy w co...

Więc polskojęzyczny przewodnik nazywa się Agnieszka i Lasza, polsko-gruzińskie małżeństwo prowadzące firmę pn. GeoPol travel (są na FB). Nas poprowadzi Agnieszka (pierwszy dzień z mężem). W kontrakcie mamy też wyżywienie, co w praktyce oznacza, że każdy guesthouse serwuje nam śniadanie i kolację oraz wręcza launchbox do zjedzenia na trasie. Jedzenie nieprzetworzone: chleb, ser, warzywa... Samo zdrowie...

Rozpakowujemy się. Popołudnie czas wolny, trekking rozpoczynamy jutro. Zwiedzamy Mestię, w tym muzeum oraz wieżę do której można wejść. Po powrocie z miasta okazuje się, że mamy towarzystwo w hostelu: dokwaterowała się wycieczka z Izraela (ok 10 os osób--nie liczyliśmy dokładnie)

dzień #1: 20.08 Mestia-Zabeshi (17,0 km na moim GPS)

Rano śniadanie o 8:00. Wycieczka z Izraela je wcześniej i wcześniej wychodzi na tą samą trasę co my (wkrótce ich miniemy bo wolno chodzą). Ponieważ wynajęliśmy przewodnika trekking przebiega bezstresowo. Idziemy tam gdzie każą i podziwimy widoki po drodze. Atrakcją są noclegi, będące okazją do poznania ludzi dosłownie z całego świata. Pierwszy nocleg mamy w guesthausie Beqa Naveriani (Beka to popularne imię męskie tutaj). Na kwaterze jesteśmy my i 6 Niemców + ich przewodnik (których nb. już poznaliśmy na trasie). Niemcy (starsi od nas) idą bez bagaży, które wiezie wynajęty koń powożony przez wynajętego człowieka. Można wynająć samochód, bo do wiosek idzie dojechać drogą, ale podobno koń jest tańszy. Wspólną kolację zakłóca wyłączenie prądu (do rana). Trochę siedzimy przy świecach, ale w końcu idziemy spać. Wstaję rano i prądu dalej nie ma. Nie ma też w związku z tym wody w kranach i nie tylko (jak u Kazika S.: wszystkie deski zasikane/wszystkie kible zasrane/Mars napada) Rano podczas śniadania włączają prąd.

dzień #2: 21.08 Zabeshi-Adishi (11,6 km)

Śniadanie o 8:00. Po drodze zbieramy grzyby, które Agnieszka przygotuje na kolację. Nocujemy (guesthouse Bedo&Tamila jeżeli dobrze odczytałem nazwę) w składzie: 2 Hindusów, Hiszpan (wszyscy Cambridge/fizyka) Węgierka + Francuz mieszkający w Budapeszcie, Żydówka z Izraela (polskie korzenie) oraz dwóch Niemców z Monachium, pokonujących szlak na rowerach downhillowych (jeden z Polskim nazwiskiem, ale nic poza tym). Z tym downhillem to dziwaczny pomysł, ja bym nie rekomendował...

dzień #3: 22.08 Adishi-Iprali (18,5 km)

Dzień najdłuższy na całej wycieczce. Urozmaiceniem jest przejazd przez rzekę na koniu (z braku mostu). Można przejść, ale wtedy trzeba mieć jakieś inne obuwie no i zdejmować buty. Po drodze do Iprali mijamy pozostałości wioski Khalde Nocujemy w Ucha guesthouse, w którym nocuje chyba połowa tych co idą szlakiem do Iprali i nie chcą spać w namiotach:-)

dzień #4: 23.08 Iprali-Ushguli (16,1 km)

W zasadzie koniec wielkiego trekkingu. Rano jedziemy do Uszguli samochodem. Tam idziemy oglądać lodowiec, po powrocie zwiedzamy Uszguli. Około 16:00 powrót samochodem do Uszguli (2 godziny, bo droga jest w budowie) W Uszguli/Mestii jest masa rowerzystów na rowerach MTB. NB: byłem już 3 razy w Gruzji i praktycznie nie widziałem rowerzystów, a teraz całe stada--miejscowi (głównie dzieci), turyści. Widziałem nawet porządny sklep w Kutaisi i masę rowerów na targu (tureckim) tamże. Nie wiem czy to ,,efekt Swanetii'' czy też rowery stały się bardziej popularne w całej Gruzji.

dzień #5: 24.08 Mestia (ok. 20km)

Zostajemy jeden dzień dłużej w Mestii i idziemy oficjalnym szlakiem na punkt widokowy Zuruldi. Trasa taka sobie, bo połowa wiedzie wzdłuż drogi asfaltowej. Nie dochodzimy do Zuruldi tylko do Heshkili huts. Tam spotykamy wycieczkę młodych Gruzinek. Jedna przyznaje się do Polskiego pochodzenia (babka Różycka). To już trzecia osoba przyznająca się do Polskiego przodka BTW (Żydówka/Adishi, Angielka/Iprali). Wracamy tą samą drogą.

Powrót

Sumując przeszliśmy ok 63,0km + 20km ostatniego dnia idąc na Zuruldi (ale nie dochodząc tam)...

Odjazd z Mestii teoretycznie 8.00 Teoretycznie bo przez circa 30 minut busik krążył po mieście w poszukiwaniu pasażerów, których ciągle brakowało do kompletu. W końcu zdesperowany kierowca zajechał na stację benzynową na rogatkach miasta, gdzie zarządził przesiadkę do innego busa. Teraz już był prawie komplet, tyle że to nie był koniec kombinacji. Po jakieś pół godzinie zjeżdżania serpentynami z Mesti do Zugdidi pojawił się nieoczekiwanie pierwszy bus z jednym pasażerem w środku--który później okazał się zmiennikiem kierowcy a z pobliskiej chałupy wyłonił się tłum 9 Gruzinów, ewidentnie kandydatów na wakujące 5 miejsc. Kurcze co teraz...

Szczęśliwie z tej dziewiątki, troje było żegnających, więc nie było aż tak wielkich problemów z upchaniem reszty. Papierosek, buzi-buzi i jedziemy. Nawet nam idzie i doganiamy całe stado marszrutek, które robią sobie przerwę w no-name miejscu przed Zugdidi. Niestety nasi kierowcy też tu śniadaniują potem palą, co w rezultacie skutkuje następnymi 30 minutami w plecy. Jest 10:30, jechaliśmy może 1,5 godziny reszta to przerwy. No ale teraz bus rwie w dół i jest nadzieja. Całkiem sprawnie mijamy Zugdidi, zjeżdżamy do stacji benzynowej. Przerwa. Idziemy do sklepu, wracamy a samochód właśnie odjechał chuj-wi-gdzie. Współpasażer z Ukrainy oznajmia, że celem wymiany koła. Siedzimy czekamy. Bus wraca po 20min. Jedziemy dalej ale nie za długo bo bus zjeżdża do pierwszej przydrożnej wulkanizacji. Coś jednak nie gra, ale widać nie mają tego co trzeba bo stoimy zaledwie 5 minut i jedziemy do następnej przydrożnej wulkanizatorni, a potem do jeszcze następnej. Tam chyba mają. Chyba bo nie jedziemy dalej, ale też nic się nie dzieje. Kierowcy poszli do kanciapy wulkanizatora i widocznie na coś czekają. Po 20 minutach wreszcie pojawia się podnośnik i nowe (pardon nowsze koło). 2 minuty roboty i możemy jechać dalej... Ciekawe czemu służyły te 20 minut przygotowań... Jesteśmy zdrowo spóźnieni docierając około 15:00 do Kutaisi. Wysiadamy życząc współpasażerom bezawaryjnej dalszej jazdy do Tbilisi, do której dotrą -- w razie spełnienia się naszych życzeń -- po następnych 4h czyli około 19:00 (11 godzin w busie celem przejechania około 450km)

Różne rzeczy

Olympus OMD/EM10 + Sony RX100M3. GDP pocket się sprawdził i warto go zabierać. Powerbanki okazały się niepotrzebne, ale chyba jednak warto je zabierać. Pogoda Była rewelacyjna. W szczególności zero opadów.

Do pobrania ślad ze zdjęciami; ślad ze wszystkimi zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

piątek, 27 lipca 2018

Wycieczka do Lwowa 2018

Że Wizzair lata z GDA do Lwowa, to polecieliśmy na wycieczkę.

W poniedziałek 16 lipca o 6:50 polecieliśmy, lądując 1:30 później, tj. circa 9:15 we Lwowie. Ja w sobotę się zaprawiłem na rowerze na fest i wprawdzie w niedzielę było trochę lepiej, ale w poniedziałek dalej byłem cały zasmarkany, więc niespecjalnie mnie ucieszył rzęsisty deszcz na powitanie we Lwowie. Elka mówi, że prognozy są kiepskie i będzie padać cały tydzień. No masz załatwię się na amen...

Sprzed terminala pojechaliśmy trolejbusem do centrum. Nasza kwatera, wynajęta przez AirBNB jest na ulicy Szpitalnej. Pierwszy punkt wycieczki zatem, to dotrzeć na Szpitalną. Ciągle leje. Trolejbus dociera do centrum. Wysiadamy, w kiosku kupujemy kartę SIM (za circa 8PLN) i idziemy do kawiarni zamienić karty w moim Xiaomi. Internet działa na początku kiepsko (potem jest OK), ale ponieważ Szpitalna jest w pobliżu, to bez problemu znajdujemy kwaterę. Lokal jest OK.

Po zainstalowaniu się w kwaterze zwiedzamy stare miasto i wchodzimy na wzgórze pn Wysoki Zamek. Wracamy na kwaterę o 17:00.

Cmentarz Łyczkowski

Ponieważ pogoda w kolejnych dniach jest niepewna, to decydujemy się zwiedzić cmentarz Łyczakowski póki nie pada. Idziemy na cmentarz piechotą, żeby po drodze zwiedzić miasto (można tramwajem jechać). W rezultacie zwiedzanie plus dojście zajmuje nam pół dnia. Do tego ponad godzinę trwa konsumpcja obiadu, a to dlatego, że długo trzeba czekać na podanie (częste w restauracjach, które zwiedziliśmy; być może powodem jest sezon turystyczny). Po obiedzie jedziemy do miasteczka Żółkiew. Do Żółkwi jeżdżą autobusy z Północnego Dworca Autobusowego (ulica Bohdana Chmielnickiego 225). Ponieważ dworzec jest dość daleko od centrum, to pytamy się baby w kiosku czym dojechać. Mówi, że tramwajem nr 6 bodajże (zły pomysł, bo potem jeszcze trzeba kawałek podejść--podała po prostu numer tramwaju z najbliższego przystanku). Zwiedzamy Żółkiew, wracamy. Tym razem po dotarciu z powrotem do Północnego Dworca Autobusowego idziemy na autobus (bo już wiemy że tramwajem nie warto). Na kwaterę docieramy nawet później niż pierwszego dnia (około 18).

Od programu wycieczki była Elka, ale ja wieczorem przeglądając Internet znajduję informacje, że jest tu potencjalnie ciekawy i godny obejrzenia skansen. W środę postanawiamy jechać/iść do skansenu. Janek od razu odmawia, bo się zmęczył -- będzie dalej zapoznawał się z centrum Lwowa.

Plan wprawdzie był żeby jechać do skansenu tramwajem, ale upieram się, że to blisko więc idziemy. Google wytycza dziwną trasę -- po lesie -- długą na 3,1km. Skansen jak najbardziej jest OK i ciekawy, spędzamy tam 1,5h. Wracamy. Tym razem idziemy na trolejbus, tyle że jakoś nie możemy trafić na przystanek. Włączam Xiaomi. Do opery jest 2,1km--eee idziemy. W kwaterze jesteśmy o 14:00. Idziemy z Jankiem na obiad do Premiery Lwowskiej. Podają szybko i sprawnie ale i tak po obiedzie jest już w miarę późno. Jak rano we wtorek łaziłem do mieście, to znalazłem kilka małych muzeów w rynku. Idziemy zobaczyć co tam jest. Pierwsze muzeum jest w budynku palarni kawy. Wchodzimy i z mety chcą nam sprzedawać bilety -- ale za co? Oprócz tabliczki muzeum, i że zbiory etnograficzne, to nic więcej nie wiadomo -- odpuszczamy. Drugie też odpuszczamy. Jakaś wystawa czasowa jest reklamowana, którą uznajemy za nieciekawą i nastawiamy się na zwiedzanie ostatniego -- muzeum poczty -- potencjalnie ciekawe. Podchodzimy do budynku, drzwi otwarte, w środku ewidentnie trwa remont. No to mamy zwiedzone -- idziemy do domu... Elka po drodze jeszcze dostrzega, że Opera jest otwarta i można ją zwiedzać -- to zwiedzamy.

Drohobycz

W czwartek do Drohobycza. Janek znowu zostaje, bo mu się nie chce. Elka za to ustaliła, że można tam pojechać autobusem, który odjeżdża spod dworca kolejowego. Idziemy na dworzec (w miarę blisko, circa 2km). Sugeruję najpierw sprawdzić czy nie da się pociągiem. Są rozkłady, ale dla pewności idziemy do informacji kolejowej, tym chętniej że przed okienkiem nie ma żadnej kolejki. Się okazuje, że nie ma bo płacić trzeba -- 5 hrywien. Najpierw płacisz potem mówią co wiedzą. Nietypowe, ale co kraj to obyczaj. Nawet paragon za te 5 hrywien dali...

Idziemy do kas. Bilet na przejazd kosztuje około 7 PLN. Pomimo tak nędznej ceny mamy rezerwację miejsca, ale -- ciekawostka -- żeby kupić bilet trzeba pokazać paszport. Nasz pociąg jedzie z Diepropietrowska do Truskawca, a nasz wagon to wagon sypialny, tyle że my siedzimy, a nie leżymy. Prycza twarda jak deska, a naprzeciw nas drzemie przykryta kocem dziewczyna. Też jedzie do Drohobycza, co się ujawni po godzinie i 30 minutach (tyle jedzie pociąg ze Lwowa do Drohobycza). Obsługa pociągu przynosi bilet przed stacją, na którą ma się wysiąść (jak w PL w sypialnych); dziewczyna wstaje podnosi pryczę, się okazuje, że tam jest miejsce na bagaże -- wsadza koc i wyciąga swoje walizki. He, być może i my mogliśmy na kocu zamiast na dechach ale to już nieistotne...

W Drohobyczu zbiera się na deszcz. Jedyną taksówkę wynajęli inni Polacy, idziemy na autobus. Trzeba podjechać ponieważ dworzec jest za miastem. Zwiedzanie zaczynamy od cerkwi św. Jura (czyli Jerzego). Za zwiedzanie trzeba zapłacić; w zamian przewodniczka opowiada szczegółowo o historii cerkwi (po ukraińsku, więc osobiście to nie wszystko rozumiem). Wychodzimy z cerkwi--pada deszcz... Elka coś wyczytała o wydobywaniu/kopalni soli w Drohobyczu a pani z cerkwi indagowana w sprawie potwierdza, że faktycznie tuż obok istnieje coś takiego. Idziemy szukać...

Okolica mało malownicza i nie możemy znaleźć. Miejscowy wskazuje konkretne miejsce, wyglądające jak tytułowa Baza z powieści Baza ludzi umarłych Newerlego. Kompleks baraków w stanie daleko posuniętego rozkładu. Przed jednym z baraków wielka kupa kłod drewna i facet z siekierą... Omijamy dziada, pytamy się kobiety, która wylazła z któregoś z baraków. Tak jest fabryka soli, nie ma żadnego muzeum. Generalnie to nie są szczęśliwi, że nas tu widzą, ale pozwalają obejrzeć instalacje. Faktycznie produkują tutaj sól metodą `na króla Ćwieczka': pompują solankę z 50 metrów bodajże, która potem jest odparowywana w dwóch sporych rozmiarów odparnikach a sól ostatecznie `konfekcjonowana' w trzech betoniarkach... Facet rąbiący drewno zapewnia energię potrzebną do odparowania wody. Post factum znalazłem w Internetach coś takiego:

Stara jak Drohobycz `manufaktura', położona między dwiema starymi drewnianymi cerkwiami, do dziś produkuje sławną `Jodowaną Sól Drohobycką' stanowi również `funkcjonujący eksponat' Muzeum Ziemi Drohobyckiej! Za małą opłatą można spokojnie zwiedzić zakład pod nadzorem pracowników, a także zrobić kilka zdjęć na pamiątkę (www.nieznanaukraina.pl/2045/drohobycka-kopalnia-fabryka-soli/).

Dla mnie to był Dickens (Karol) a nie żaden `funkcjonujący eksponat'. Być może dorabiana jest muzealna teoria żeby dziadostwo lepiej wyglądało. W szczególności nigdzie nie widzieliśmy żadnej tablicy informacyjnej iż i jakoby jest to `Muzeum Ziemi Drohobyckiej', które faktycznie istnieje ale w innym miejscu (nie byliśmy)... Nastawienie obsługi też nie było entuzjastyczne do zwiedzania, a zwłaszcza do robienia zdjęć.

Ustalamy, że w zasadzie to wracamy, tyle że po drodze obejrzymy jeszcze miejsca związane z Bruno Szulcem oraz synagogę (udaje się). Ponieważ dworzec kolejowy jest za miastem, a autobusowy bliżej centrum Elka decyduje żeby wracać autobusem. Cena z grubsza ta sama. Atrakcją 20 km jazda po monumentalnych dziurach. Drogę porównywalnej `jakości' widziałem dotąd raz w życiu w Armenii w dolinie Alawerdi.

W piątek odlot o 14:10. Dla pewności ustalamy że na lotnisko pojedziemy o 11:00 więc wizyta w Drohobyczu to był ostatni punkt wycieczki, bo do 11:00 to już nie będziemy niczego zwiedzać (tym bardziej, że większość biznesów zaczyna się tak co najmniej od 9:00). Robimy odprawę przez internet, potem idę na miasto wydrukować karty pokładowe i wydać 200 hrywien co nam zostały. Kupuję ormiański lawasz:-) i ser wędzony. Terminal pustawy, nie to co w GDA. Przed kontrolą bagażu w szczególności nie ma żadnej kolejki... O 14:10 odlot do GDA.

BTW w GDA pan z Wizzair skierował mój plecak do bagażu (nieodpłatnego), bo za duży. Że niby teraz duże bagaże są transportowane w luku mimo, że dalej są `podręczne' (formalnie i zgodnie z nowym regulaminem nie ma gwarancji, że bagaż podręczny poleci z pasażerem). Można oddać od razu lub przy wsiadaniu do samolotu. Wybrałem to drugie, a na płycie lotniska już się nikt nie upominał o mój plecak więc ostatecznie pojechał ze mną a nie w luku bagażowym.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

poniedziałek, 21 maja 2018

Posokowiec bawarski

UWAGA: Będzie długie i o jeleniu (na zwłoki którego najechałem w sobotę)

Znajomy (korposzczur -- jego własne określenie więc się nie obrazi) się przejął (bardziej niż ja) i mnie mobilizuje do alarmowania świata w temacie: ,,czy etyczne jest, że ktoś dopuścił do tego, że zwłoki jelenia leżą na polu.'' Przypuszczalnie zwierzę zostało postrzelone, uciekło i padło, że tak powiem w pewnym oddaleniu od strzelca. Takie rzeczy się zdarzają oczywiście. Skoro się zdarzają to pewnie są jakoś regulowane choćby zwyczajowo (etycznie/nieetycznie)

No to sru... piszemy w google i mamy (UWAGA: Postrzałek = postrzelone zwierzę; moje komentarze wewnątrz [[ .. ]]):

Rozporządzenie ministra środowiska z dnia 23 marca 2005 r. w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz Dz.U. z dnia 15 kwietnia 2005 r.; Zmieniona wersja (2011-12-14) Dz.U.2011.257.1548. Albo www.lowiecki.pl/gdansk/lowiec/regpol.html Albo Poszukiwanie postrzałka przy użyciu psa.

Art5/8: polowanie na zwierzynę grubą może odbywać się pod warunkiem zapewnienia udziału w poszukiwaniach postrzałka, ułożonego w tym celu psa.

[[Jeżeli nie miał psa to naruszył prawo. To jest zapis chyba obowiązujący od 2010 r.]]

[[To teoria, a teraz praktyka:]]

Udział psa w polowaniu -- czy na co dzień respektujemy przepisy prawa łowieckiego?/Zbigniew Ciemniewski. Ciekawe też tutaj: http://www.bowhunting.pl/pies-dla-mysliwego-z-lukiem/b/34

[[polowanie z łukiem. Ja pierdziu... BTW ale: ]]

Nie każdy myśliwy ma możliwość posiadania własnego psa. Charakter pracy, trudne warunki lokalowe, powodują, że trzymanie psa w domu często staje się niemożliwe. Nie zwalnia to jednak myśliwego z obowiązku szukania postrzałka z pomocą psa. Nie znam koła czy obwodu, w których nie ma przynajmniej jednego psiarza, do którego można zadzwonić po pomoc. Przy niektórych zarządach okręgowych PZŁ istnieją nawet tzw. pogotowia postrzałkowe zrzeszające właścicieli psów ułożonych do poszukiwania postrzałków. Zapisanie numerów telefonów do kolegów posiadających psy i korzystanie z ich pomocy pomoże wypełnić regulaminowy obowiązek każdego myśliwego, który mówi że polowanie na zwierzynę grubą może odbywać się pod warunkiem zapewnienia w poszukiwaniach postrzałka udziału ułożonego w tym celu psa (Art 5. 1. 8 regulaminu polowań).

[[czyli jakaś tam small-afera mogłaby być. Ale niekoniecznie (klubposokowca.org.pl/?page_id=87):]]

Co prawda rozporządzenie ministra środowiska w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania, zobowiązuje myśliwych do zapewnienia udziału w poszukiwaniach postrzałka ułożonego w tym celu psa, jednak interpretacja pojęcia ,,ułożonego psa'' nie jest podana i w związku z tym jest bardzo dowolna.

[..]

Oczywiście mistrzami w tej dziedzinie pracy myśliwskiej są posokowce.

:-) Oczywiście. Kurde nawet nie wiedziałem że coś takiego istnieje podróże kształcą :-) Do dziś jakby mi ktoś powiedział POSOKOWIEC to bym to z owadem kojarzył prędzej, które to mają bombastic nazwy często.

Więc na koniec: https://www.olx.pl/zwierzeta/psy/q-posokowiec-bawarski/.

A na finalny-koniec: jeżeli ktoś doczytał aż tu i ma wśród znajomych myśliwego, który by się ustosunkował, to będę wdzięczny za komentarz.

Pętla: Skarszewy-Starogard-Pelplin-Tczew

Pojechałem sobie w niedzielę (19.05) właśnie taką trasą

Mieszkając w środku 3Miasta ma się problem z wyjechaniem z miasta w kierunku wschód/zachód. Na północ się nie pojedzie, bo morze. Pozostaje południe, tyle że się nudzi te ciągłe jeżdżenie na kierunku Osowa-Chwaszczyno-Kielno.

Weekend jest zatem dobrym momentem przejechania przez duże miasto w miarę sprawnie (światła/ruch/skrzyżowania), a zwłaszcza w godzinach porannych. Tak do 6:00--7:00 Gdynia to prawdziwe #GhostTown. W Gdańsku jest już wtedy większy ruch, ale też bez porównania z tym co się dzieje później, o ruchu w normalne dni/godziny nie wspominając.

No to pojechałem na Kociewie, rozpoczynając o 7:10. Wg planu przejechałem Gdańsk swoją trasą optymalną (dłuższą niż wzdłuż al. Zwycięstwa ale minimalizującą liczbę świateł, na których trzeba stawać i czekać na zmianę): Czyżewskiego-Polanki-Partyzantów-Matejki-Do Studzienki. Potem Końskim Traktem aż do Ronda Ofiar Katynia (lepiej znanym pod nazwą Plac Zebrań Ludowych). Teraz 3 Maja-Armii Krajowej i myk już jestem na #DK91. Ruch znikomy więc komfortowo pomykam na Pruszcz. DK91 generalnie jest bezpieczna, bo szeroka, tyle że jak jest duży ruch to hałas jest. Tą ścieżką na wale nie jeżdżę--nawierzchnia słaba/dużo przeszkód typu wysokie krawężniki. Nie mam obowiązku używania tej ścieżki zresztą więc działam też zgodnie z kodeksem.

Wylot (albo wlot) na Starogard (#DK222) jest zamknięty -- bo remont -- więc jadę dalej do Pruszcza z zamiarem wjechania na #DK226 albo #DK222. Skręcam od razu w ul. Raciborskiego, czyli decyduję się na DK222. Bym jechał dalej to mógłbym skręcić w ul. Zastawną (pierwszy skręt w prawo za Radunią). O tyle ten wariant jest nie-ten-teges, że ileś świateł jest po drodze i to takiej pryncypialnej, że trochę głupio na czerwonym wjeżdżać (a nawet bardzo głupio). Się zresztą okazało, że DK222 jest remontowana nie tylko na odcinku ulicy Starogardzkiej, ale później też. Co jakiś czas ruch jest tylko jednym pasem. Światła na krańcach takich odcinków skutecznie zniechęcają potencjalnych użytkowników, więc droga jest praktycznie pusta. Hurraaa! Do tego wiatr w plecy więc podjeżdżanie na odcinku Pruszcz--skrzyżowanie DK222/DK226, gdzie generalnie jest pod górę, idzie w warunkach komfortowych.

Dalej też zgodnie z planem DK226 do Mierzeszyna, a tutaj wątpliwość co dalej z uwagi na niejasny drogowskaz. Pytam się miejscowego, ale on nie wie, która to 226 (co za ciemniak), i że jak na Nową Karczmę to prosto. Na szczęście się go nie słucham i skręcam w lewo. Droga robi się jakościowo mocno średnia: dziur nie ma, ale nawierzchnia jest wyboista więc trzęsie. Sucha Huta--odludna wieś na skraju dużego lasu. Jeszcze parę kilometrów i skręt na Skarszewy. Do tej pory miałem wrażenie, że wjeżdżam z prawym bocznym przeciwnym wiatrem pod górę. Teraz będzie z wiatrem w plecy. No i dużo w dół, bo generalnie mam się finalnie znaleźć na poziomie Wisły.

W Skarszewach kilka fotek w tym malownicze rozlewisko Wierzycy i dalej jadę na Starogard. Przed Starogardem w Linowcu natykam się, prawie na poboczu na zastrzelonego jelenia. Dziwna sprawa, bo jest około 10:00 a zwierzę leży. Jeżeli to efekt polowania (o czym by świadczyłaby ogromna dziura z boku klatki piersiowej), to pewnie straciło życie wcześnie rano więc upłynęło już wystarczająco dużo czasu żeby go zabrać. Anyway pierwszy raz w życiu widzę coś takiego.

Starogard bez historii--nie planują się tutaj zatrzymywać. Jadę na Pelplin drogą #DK222/#DK229. Wzdłuż obu zbudowali ścieżkę, a na drodze non stop zakaz jazdy rowerem. Zakaz to zakaz--nie jadę. Ścieżka jest bardzo dobrej jakości. Da się jechać szybko, prowadzi jedną stroną drogi więc nie ma tak uciążliwych w przypadku wielu innych ścieżek miedzymiastowych zmian prawa/lewa strona drogi co kilka kilometrów.

Mijam A1 (aka autostrada Bursztynowa), wjeżdżam do Pelplina. To tak w ogóle ciekawe miasteczko jest i godne zwiedzania: muzeum diecezjalne/katedra, ale ja zwiedzałem i jedno i drugie niedawno, więc tylko zdjęcie katedry na dowód, że byłem i jadę dalej kierując się na Rajowy-Maniowo-Radostowo.

Droga znowu robi się wyboista (ale nie dziurawa). Tempo spada wiatr przestał wiać w plecy, jest teraz boczny, często niesprzyjający. W Rajkowach widzę kościół i skręcam. Dobra decyzja: przy kościele stary cmentarz z grobami z końca 19 wieku. Polskie nazwiska i inskrypcje. Jeden kuty krzyż o interesującym wyglądzie oraz jeden żeliwny odlewany. Ha, jeden skalp więcej (mowa o tym żeliwnym odlewanym--których geotagowane zdjęcia kolekcjonuję). Następny przystanek jest już planowany: gospodarstwo pn. Radostowskie Rarytasy. Z daleka widać napis sprzedaż serów czy jakoś tak.

Radostowskie Rarytasy wypatrzyłem na Facebooku. Spodobało mi się, że się fajnie promują. Teraz mam okazję zobaczyć sklep w realu i też mi się podoba. Kupuję kilka małych kawałków różnych serów. Każdy elegancko opakowany w firmowy papier. Do tego masło dla Elki. Pani proponuje jeszcze twaróg i mleko, no ale ja nie mam już miejsca w plecaku, no i do Sopotu jeszcze trochę zostało więc plecak za ciężki to też nie powinien być. Pani sprzedawczyni robi mi zdjęcie przed sklepem i jadę dalej.

Wjeżdżam na DK91 w Subkowach, skręcam na Tczew.

Oczywiście Tczew też warto zwiedzić tak w ogóle, ale ja tu już byłem milion razy więc nie wjeżdżam do miasta tylko DK91 na Gdańsk.

NB chciałem wracać przez Żuławy, ale zmieniam zdanie. Na liczniku już circa 120 km, do domu jeszcze trochę zostało. Szacuję że jak pojadę DK91 to wyjdzie circa 170. Przez Żuławy byłoby dalej. Jadę DK91. Wbrew pozorom jazda tą drogą jest całkiem OK--ruch jest mały, bo większość aut jeździ po A1. Teraz jest pod wiatr, ale ponieważ jest ciepło, to jest OK, tyle że jadę wolniej niż gdyby wiało w plecy.

W Gdańsku mógłbym wracać z grubsza tą samą trasą co jechałem rano, ale decyduję się na inny wariant: DK91 do Huciska (tunelem pod DK501/Armii Krajowej w szczególności)-- Podwale Staromiejskie--Podmłyńska/Rajska (albo Stolarska/Łagiewniki). Jeżeli Podwale Staromiejskie to do skrzyżowania przy Zieleniaku no i dalej standard czyli ścieżka rowerowa wzdłuż al. Zwycięstwa. Jeżeli zaś Stolarska/Łagiewniki, to bardziej skomplikowana trasa: Marynarki Polskiej--Uczniowska--Czarny Dwór itp. Dziś wybieram wariant #1 Podmłyńska/Rajska--al. Zwycięstwa.

W domu jest tuż przed 15:00, na liczniku (prawie) 170km.

Niedziela

Zaczynam godzinę później tj. 8:10. Miasto puste (niehandlowa niedziela BTW). Trasa znana i już raz objechana w całości, a wielu fragmentach, to nawet wielokrotnie: Gdynia-Pierwoszyno-Mrzezino-Puck-Łebcz-Władysławowo. W Pucku ciekawostkowe muzeum jest BTW eksponujące modele wodnosamolotów Lublin R-XIII (nie zwiedzałem, podobno ciekawe). Inna atrakcja w drodze do Pucka to Rzucewo gdzie jest pałac/hotel oraz zejście na plażę z minimolem. Tyle, że droga do Rzucewa (3km) koszmarnie dziurawa

We Władysławowie powrót drogą główną, tj. DK216 (mały ruch) do Widlina, tam skręt na Mrzezino. Stąd praktycznie tą samą trasą co rano tyle, że w przeciwną stronę.

Wycieczka bez historii. W Połchowie są groty (trzeba skręcić przy sklepie w prawo na Gdynię), na które tak w ogóle warto rzucić okiem (google:grota połchowo), ale ja już rzucałem więc nie skręcam. Poza tym, przed Połchowem dogania mnie i śmiało wyprzedza facet na niebieskim Fuji. No to ja mu na koło i jedziemy. Odnoszę wrażenie że gość chce mnie urwać. Zagina się i rantuje. W końcu odpuszcza--się zorientował, że wprawdzie gość (czyli ja) wolno jechał sam, ale teraz to magicznie ożył i nie-da-rady go zgubić. Typ mruka o silnych nogach. Nie odzywa się, ani cześć ani pocałuj-wójta... Za Mrzezinem facet zaczyna się denerwować, widać że moja jazda za nim nie podoba mu się, w końcu macha rękami, zwalnia i zjeżdża w lewo. No to daję zmianę, ale gość nie korzysta z koła--jedzie 10m za mną. Amatorka totalna. Tak dojeżdżamy do skrzyżowania z DK100, gdzie znowu mnie wyprzedza. Tym razem daję mu spokój. A niech jedzie. Niedziela jest, co go będę stresował:-)

W domu jest tuż przed 12:45, na liczniku (prawie) 110km.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

niedziela, 6 maja 2018

Bardzo długi weekend (podsumowanie)

W tym roku długi weekend był naprawdę długi bo trwał 10 dni. Zaczął się w piątek 27 kwietnia a skończył dziś 6 maja. Do tego wyjątkowo dopisała pogoda. Nie padało, było słonecznie ale nie upalnie. No może noce/ranki były trochę zimnawe, ale przecież to przełom kwietnia/maja więc jakby tak ma być.

Plan był taki: do Bachotka (na TeX-konferencję) w piątek, tam posiedzieć do 29 kwietnia do południa. Z Bachotka pojechać na Warmię, konkretnie na jej część wokół Braniewa. Zwiedzanie tej części Warmii miałem od dawna w planach. Zatem 29 kwietnia Bachotek-Nowa Pasłęka, potem 30 kwietnia pętla przez Pieniężno/Górowo i drugie nocowanie w Nowej Pasłęce. Wreszcie 1 maja powrót do Sopotu. Tyle było w planach, pozostałe rowerowanie w dniach 2--6 maja to już było spontanicznie i wokół Sopotu. Szczegóły przedstawia zestawienie:

Dzień27.0428.0429.0430.041.052.053.054.055.056.05
Dystans1854020018515570802519075

Zawartość sakw/plecaka/kieszeni koszulek

Razem dystans przejechany 1205 km w tym 765 km na żółtym z bagażem oraz 435 km na czarnym. Pierwszy raz w życiu jeździłem na rowerze z sakwami. Do tej pory jeździłem do Bachotka bez bagażu, który podrzucałem znajomym do przewiezienia. W tym roku było inaczej i w tym celu wyposażyłem rower w dużą torbę na kierownicę Ortlieb Ultimate oraz bagażnik Authora na rurę podsiodłową. Obie rzeczy kupiłem dawno temu, ale niespecjalnie z nich korzystałem.

Ponieważ z dawnych czasów kiedy parę razy go założyłem pamiętałem, że bagażnik Authora na szybkozamykacz miał tendencję do przekręcania się w czasie jazdy, zmieniłem szybkozamykacz na normalną śrubę z imbusem. Ponadto przypadkowo zupełnie da się wstawić ten bagażnik w tylne widełki ramy mojego roweru przełajowego i zamocować go na rurze ramy a nie na rurze podsiodłowej. W tej pozycji bagażnik znajduje się niżej co obniża środek ciężkości i lepiej wygląda. Bagażnik wyposażony był w niewielką sakwę, na którą dołożyłem miękką sakwę podsiodłową. Tę miękką też kupiłem kiedyś a nie teraz i nawet wykorzystuję ją od czasu do czasu, ale uważałem ją za średnio wygodną i mało pakowną. Teraz zyskała na wygodzie i pakowności bo zamiast wisieć, leży na bagażniku. Całość jest owinięta gumowymi ściągaczami.


Rower gotowy do wycieczki

No więc koncepcja się sprawdziła: nie nie odpadało, nic się nie luzowało. Pewien problem był z przodu, bo torba powodowała, że zdjęcie obu rąk z kierownicy wprowadzało rower w silne drgania. W rezultacie nie dało się jechać bez trzymanki, a lubię tak robić co jakiś czas celem rozprostowania pleców. Próbowałem problem rozwiązać, przepakowując maksimum lekkich rzeczy do torby na kierownicę, ale to tylko go zmniejszyło ale nie zlikwidowało całkowicie (drgania pojawiały się później i były mniejsze).

Torba na kierownicy powoduje zresztą inny kłopot: nie da się zamontować kamery (well by się dało ale trzeba pogłówkować). W rezultacie zamiast kamery 4K Xaomi przeprosiłem się z Contourem i zamocowałem go uniwersalnym uchwytem do rur na goleniu widelca. 1/3 obrazu zajmuje wtedy kręcące się koło ale lepsze to niż nic. Trudny wybór: można by zrezygnować z tej torby (na moje dałoby upchnąć wszystko z tyłu) ale z drugiej strony, to co jest w Ortliebie jest bajecznie łatwo dostępne (nawet bez zatrzymywania się, w czasie jazdy, da się otworzyć/zamknąć tę torbę.)

Co zabrałem? Trochę odzieży żeby nie chodzić w kolarskich (spodnie, bluza, bielizna cywilna no i ekstra skarpety. Do tego bluza/spodnie termoaktywne plus kurtka ROADR 900 B'Twin na wypadek zimnych nocy/deszczu), trochę jedzenia na wszelki wypadek (jak zjadłem miałem lżej). Mały ręcznik + pasta i szczoteczka. Nie miałem cywilnych butów. Dużo elektroniki: 2 aparaty fotograficzne, bardzo mały komputer (0,5kg), smartfona, kamerę sportową. Różne kable i zasilacze (i tak jednego zapomniałem). Kamera jechała na rowerze, smartfon i aparat kompaktowy (Sony RX100) były w kieszeniach koszulek a drugi większy aparat (Olympus E-M10 + obiektyw Panasonica 12--32mm) w plecaku (albo w Ortliebie, no ale wtedy drgania większe:-)) celem łatwego dostępu. Nie zabrałem powerbanku--co było błędem. Koniecznie trzeba. Generalnie dużo to ja nie wziąłem,ale i tak rower był odczuwalnie cięższy. Bagaż było ustawiony raczej pod dobrą pogodę, ale gdyby padało to też nie byłoby problemu tyle, że musiałbym błotniki zamontować (a mam takowe do tego roweru pn. SKS XRaceblade -- bardzo dobre, mimo że połówkowe).

Czy mój wybór bagażu jest OK, no to by wymagało weryfikacji także w gorszych warunkach pogodowych. Na moje odzież nie stanowi wielkiego problemu--zawsze można coś kupić w sklepach z tanią odzieżą. BTW takie sklepy są powszechne na prowincji, a już zakup brakujących kabli/ładowarek może być problematyczny, albo zbędnie-kosztowny.

Uprzedzając pytanie nigdy nie byłem fanem nocowania w namiocie. Więc w czasach gdy znalezienie agroturystyki jest bajecznie proste i tanie raczej nikt mnie na wożenie namiotu/śpiwora nie namówi.

W planach następne wojaże--stay tuned.

piątek, 4 maja 2018

Wyjazd w długi weekend (Bachotek 2018)

27 kwietnia: Sopot--Bachotek (185km) z przystankiem w Nowym Mieście Lubawskim. Źle policzyłem czas/dystans i będąc w niedoczasie pojechałem najkrótszą drogą: Tczew-Malbork-Pasłęk-Susz-Iława. W sumie bez historii dotarłem do NM Lubawskiego, gdzie byłem umówiony z koleżeństwem ADD (jeszcze z liceum się znamy), które tam mieszka. Mile spędziliśmy 2 godziny, po czym pojechałem dalej do Bachotka. Na miejscu byłem około 21:30.

28 kwietnia: dzień wolny (miał być), ale jednak pojechałem dwa razy do Brodnicy po zakupy (4x10km = 40km). Drugi wyjazd po produkty na grila, się bowiem nagle okazało, że ogniska nie będzie 28. kwietnia tylko dzień później. Zamiast na ognisko zaprosiłem ADD na grila. Fajnie było...


Cmentarz hrabiów zu-Dohna-Lauck (mój ślad obok)

29 kwietnia: odwrót z Bachotka, ale nie do domu tylko do Nowej Pasłęki. Znowu wyjechałem za późno do tego zapomniałem naładować smartfona (błędem było także niezabranie powerbanku). W rezultacie mocno nadłożyłem drogę i przyjechałem na kwaterę znowu ciemną nocą (200km). Do tego uparłem się zobaczyć płyty nagrobne w Markowie koło Morąga. Na szczęście: ostatni fragment trasy był dość nieskomplikowany, droga równa i bez dziur a księżyc w pełni. Dotarwszy do Nowej Pasłęki pytam się pierwszej osoby gdzie jest pensjonat `U Rybaka', w którym miałem zarezerwowany nocleg. Pan do mnie przyjechał to tutaj. Się okazało, że `U Rybaka' jest blisko wjazdu/wyjazdu na Braniewo. BTW fajna i godna polecenia agroturystyka.

Co do płyt z Markowa, to i tak ich nie zobaczyłem. Pod presją czasu nie zdecydowałem się na ich szukanie. Wyjeżdżając z Bachotka nie odrobiłem pracy domowej, zakładając że jakoś trafię. Pytałem się miejscowych, ale dupa-zbita--nie było to takie proste. Teraz widzę, że nawet za pomocą Google nie jest to proste--większość stron nie podaje gdzie to dokładnie jest. W końcu znalazłem (http://www.ciekawemazury.pl/info.htm#1856/pl/i/pseudomegalityczny_cmentarz_dohnow) i wydaje się że informacja jest poprawna (pałac Dohnów jest oznaczony poprawnie, to pewnie cmentarz też). Byłem blisko, co wiadać na zrzucie z googleMaps.

30 kwietnia: objazd Warmii (północnej). Pojechałem przez Pieniężno do Górowa-Iławieckiego. W obu miastach już kiedyś byłem, ale krótko i przelotem. Tym razem chciałem zwiedzić muzeum Księży Werblistów (Pieniężno) oraz muzeum gazownictwa (Górowo). Miało być 160 km, a wyszło 180.

Muzeum Weblistów bardzo fajne i godne polecenia. Urządzone pomysłowo i ze smakiem. Dużo strojów/masek oraz kilkadziesiąt egzotycznych instrumentów muzycznych (coś dla Elki). Nie wiem czy to standard jest w każdym przypadku, ale zostałem wpuszczony do środka i pozostawiony samym-sobie (jak pan będzie wychodził, to pan drzwi zatrzaśnie). Za to muzeum gazownictwa okazało się totalną porażką. Słabo z informacją -- na mieście nie ma drogowskazów, co jest jakby standardem w przypadku tego typu placówek. Po odszukaniu stosownego adresu za pomocą googleMaps nie bardzo wiadomo jak wejść. Się okazuje, że muzeum jest bezobsługowe -- żeby zwiedzać, to trzeba zadzwonić do miejscowej Informacji Turystycznej. Ja miałem pecha, telefon nawet ktoś odebrał ale zostałem poinformowany, że dzisiaj nieczynne. Podany powód był dziwaczny i raczej dla mnie był jeszcze jednym dowodem na to, że muzeum niespecjalnie jest warte uwagi.

Górowo jako atrakcję reklamuje też: Żywkowo często nazywane [...] Stolicą Bocianów. Do tej składającej się z dziewięciu gospodarstw i zamieszkanej przez 25 osób wsi co roku przylatuje około 100 bocianów. Odlatuje z niej około 200. Pojechałem, bez rewelacji. Gdybym nie pojechał to bym wiele nie stracił. Droga do Żywkowa dziurawa...

1 maja: powrót do domu przez Żuławy. Wystartowałem o 5. coś tam rano... Jadę do Fromborka, tam już byłem więc nie zatrzymuję się, zresztą nie ma po co. Jest 6 rano i miasto jest całkowicie wymarłe. Następne miasteczko--Tolkmicko zwiedzam pobieżnie. W Suchaczu na plaży jem śniadanie. Cała plaża to 100x30m piasku pośrodku ogromnych trzcinowisk. Omijam S7/E28 i jadę do domu przez Żuławy--super malownicza trasa wzdłuż Nogatu. Setki wędkarzy na brzegu i na łodziach. Nogat przekraczam na moście w Kępkach/Bielniku Drugim (oryginalna nazwa!) Droga jest całkiem dobrej jakości.

W Kępkach kieruję się na Stegnę, ale za Rybiną z drogi 502 skręcam na Sztutowo (jest drogowskaz). W rezultacie wyjeżdżam tuż obok obozu Stuthoff. Z rowerem nie wpuszczają, ale odwiedzam księgarnię, sprzedającą m.in. publikacje wydane przez Muzeum Stuthoff. Miła pogawędka z ochroniarzem, który mnie opierdolił bezceremonialnie w zeszłym roku:-) za próbę wjechania rowerem, przy czym od razu wyjaśniam że zrobiłem to nieumyślnie. W KL Stuthoff są bowiem co najmniej dwie bramy, pierwsza przy drodze i jak na moje to nie wiadomo po co jest, bo można nią swobodnie wchodzić/wychodzić (ale nie wjeżdżać--szlaban jest) i przy tej bramie nie ma żadnych kas itp instalacji. Do drugiej położonej ze 100m od pierwszej nie dotarłem -- pewnie są tam kasy i kontrola biletów przy wejściu. Mi się wydawało, że zakaz jazdy--całkowicie zrozumiały, bo przecież jest to jeden wielki cmentarz -- jest od kas/wejścia za biletem. No nie jest--faktycznie jest znak zakazu jazdy rowerem już przy pierwszej bramie, na który nie zwróciłem uwagi zakładając, że i tak nie wjadę do obozu, ale do kas jeszcze mogę...

Chcę sobie skrócić/urozmaicić drogę więc jadę na Mikoszewo gdzie za 5 PLN przekraczam Wisłę promem. Full luda, w obie strony. Od Przejazdowa droga na Gdańsk pusta. Przed Gdańskiem policja mnie molestuje że nie-ścieżką-to-tamto. W końcu puszczają bez mandatu. Generalnie pełno policji chuj-wi-po co (bo ruchu nie ma), to szukają pretekstu, żeby kumendant ich nie opierdolił po powrocie, że w krzakach spali zamiast patrolować. Oczywiście standardowe pierdolenie jak to oni dbają o moje bezpieczeństwo swoją (w oczywisty sposób zbędną) działalnością. Ciekawe czy sami wierzą w te brednie? Jeżeli zamiast mózgu nie mają gówna, to pewnie tak -- niełatwo jest żyć ze świadomością bycia pasożytem. NB. 3-go maja jeszcze mniejszy ruch i jeszcze więcej policji. Pierwszy samochód jaki zobaczyłem zaczynając wycieczkę do Rewy o 5:30 rano to był radiowóz. Normalnie państwo policyjne.

No ale summa sumarum udana wycieczka nie skończyła się mandatem więc nastrój tylko trochę mi popsuli. Do domu przyjeżdżam jakoś tak koło 14:00. Na liczniku 155km. Łącznie przejechałem +750km. Warmia to fajnie miejsce do rowerowania: mały ruch i drogi generalnie dobrej jakości (są wyjątki oczywiście z odcinkiem Markowo--Klekotki--Godkowo na czele, który jest tak dramatycznie kiepski, że nawet na GoogleMaps to wyraźnie widać.).

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Uwagi na temat pozycji na rowerze

Moim zdaniem na problem w plecach generalnie pomaga skrócenie zasiegu, tj odległości od siodła do kierownicy. Ja (192cm/względnie krótkie nogi/długi tułów) mam tą odległość równa 55--6cm, liczone od czubka siodła do środka kierownicy. Różnica siodlo--kierownica circa 7 cm.

Żeby skrócić pozycję można:

1. Zmienić mostek na krótszy i o większym wzniosie i/lub zamontować go w pozycji odwrotnej. Mostki mają typowo wznios plus/minus 8--10° (stopni). Zakłada się je w pozycji minus, ale ponieważ rura sterowa ma nachylenie 73 stopnie, to 90° - 73° - 8° = 9° stopni wzniosu. Jeżeli mostek się przekręci to będzie 90° - 73° + 8° = 25° (czyli dużo więcej).

Subtelny problem: czy lepiej zmienić np 12cm na 8cm bez odwrócenia mostka czy 12cm odwrócić? Oczywiście krótszy mostek będzie bliżej siodła ale kierownica będzie niżej, dłuższy oddala kierownicę ale będzie ona wyżej. Moje doświadczenia są takie że lepiej mieć mniejszą różnicę siodło-kiera czyli lepszy będzie 12cm odwrócony

2. Zmienić kierownicę na kompaktową. Kierownice mają różne gięcie, które charakteryzują dwa parametry zasięg (reach) oraz głębokość (depth). Im większy zasięg tym większa odległość do klamek, im większa głębokość tym trzeba się bardziej zgiąć w dolnym chwycie.


Rys. 2. Kompakt jest po lewej jak się łatwo domyśleć

3. Podsunąć siodło maksymalnie w stronę kierownicy bez przejmowania się o pozycję wzg pedałów (ja tak zrobiłem w swoim rowerze).

4. Zmienić sztycę (wspornik siodła) na zero offsetową. Większość sztycę ma offset w stronę tylnego koła:


Rys. 3. Zero offetowa sztyca jest po prawej jak się łatwo domyśleć (na sztycy po lewej strzałką zaznaczono offset)

Ja mam mostek 12cm odwrócony (10°) + zero offsetową sztycę i kierownicę FSA compact (reach: 80mm/depth): 125 mm). FSA to nazwa firmy produkującej BTW.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Syrop z podbiału

Wpis na Twitterze pani rzecznik Lasów Państwowych mnie zainspirował żeby też zrobić syrop z podbiału.

Z grubsza wiem jak wygląda podbiał. Pojechałem go szukać. W środę taka trasa: DolinaRadości--Droga Węglowa--Owczarnia--Lotnisko--Rębiechowo--Barniewice--Borowiec--Osowa. Słabo z podbiałem--tu i ówdzie trochę. W zasadzie przyjechałem z niczym. W czwartek znalazłem większą miejscówkę w Koleczkowie (skręt w lewo w ul. Kamieńską, jazda aż do końca asfaltu) i uzbierałem 1,5małego słoika. W piątek jeszcze raz do DolinyRadości żeby dozbierać do drugiego słoika. Się okazało, że wzdłuż Drogi Węglowej rośnie tego bardzo dużo--po prostu w środę jeszcze się większość nie rozwinęła, za wcześnie byłem. Dozbierałem do drugiego i z rozpędu uzbierałem na trzeci słoik.

Na razie może starczy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Wykonałem zgodnie z opisem z Internetu: przesypałem warstwy kwiatostanów cukrem, umieściłem słoiki na parapecie. Po tygodniu, tj. w przyszły piątek zamierzam to zlać i pewnie jednak dla bezpieczeństwa wsadzę do lodówki.

Film nawet poklatkowy robię, ale z problemami. Chyba źlę ustawiłem słoik (za blisko) bo wiele zdjęć jest nieostrych. Podbiału jak mówiłem starczy, ale być może poświęcę się dla sztuki (filmowej) i jednak się kopsnę po czwarty słoik, wyłącznie po to, żeby wykonać lepszy film. To co wyszło do tej pory jest do obejrzenia tutaj.

Zdjęcia do całej historii są zaś tutaj

niedziela, 1 kwietnia 2018

Sernik z koziego sera

Sernik to moje ulubione ciasto. Wreszcie się odważyłem i zrobiłem sam na podstawie https://aniagotuje.pl/przepis/sernik-z-koziego-sera, ale ogólny schemat postępowania jest prosty i wygląda następująco: utrzeć żółtka z twarogiem, dodać ubite białka. Wylać na (jakiś) spód i upiec. Reszta to detale.

Składniki: 400 g sera koziego; 4 jajka rozmiar M; 40 g masła; łyżka mąki ziemniaczanej; 60 g cukru pudru; 6 okrągłych biszkoptów. Ja dałem 300 g sera koziego kanapkowego Danmis + resztę uzupełniłem twarogiem łowickim na sernik w opakowaniu 1 kg. Że na sernik to nie trzeba nic mielić. Moim zdaniem zamiast ww. można użyć spokojnie inne. Jak ktoś chce mielić to też nie ma problemu i może kupić nie zmielony.

Oddziel żółtka od białek. Białka odłóż. Żółtka utrzyj z cukrem. Dodaj masło i twaróg/ser. Dodaj mąkę i wymieszaj masę łyżką (ja mikserem). Ubij białka i wmieszaj delikatnie z masą serową.

Dno tortownicy wyłóż papierem do pieczenia. Od środka wysmaruj tortownicę resztkami masła (nie zrobiłem tego).

Biszkopty zetrzyj na tarce. Wysyp mąkę z biszkoptów na dno tortownicy i rozprowadź równomiernie. Wylej masę sernikową na starte biszkopty.

Na dno piekarnika połóż naczynie wypełnione wodą. Dzięki temu sernik nie będzie pękał w czasie pieczenia. Sernik piecz na środkowej półce 50 minut w temperaturze 170 C. Sernik bardzo urośnie. Po wyłączeniu piekarnika opadnie, zachowując bardzo aksamitną i puszystą konsystencję. Po upieczeniu, sernik zostaw na 30 minut w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach. Ja nakryłem tortownicę dla pewności folią aluminiową żeby mi się góra nie spaliła.

Po upieczeniu posypałem ekstra cukrem pudrem. Można oczywiści nic nie kombinować albo polać jakąś polewą.

Ciasto zrobiłem 3 razy i zawsze wyszło za wyjątkiem pierwszego razu, kiedy nie nakryłem folią i wierzch się mocno brązowy zrobił. Dalej było dobre, ale wyglądało tak sobie.

Zdjęcia pokazujące kluczowe fazy wykonania są tutaj

wtorek, 20 marca 2018

MS SQL, Perl i DBI

Kolega L. mi zadanie zlecił, w którym wykorzystywaną bazą musi być MS SQL. Podchodziłem do tego jak do jeża, ale wreszcie się przełamałem, usiadłem i działa (aż dziwne). W skład zadania wchodzi też baza danych pn. GraphiPlus, która zawiera m.in. tabele o nazwach dbo.FACTURES oraz dbo.SOCIETES:

#!/usr/bin/perl
use strict;
use utf8;
use DBI; 
require DBD::ODBC;
my $serverN = 'E5410-KOMPUTER\\SQLEXPRESS';
my $baseN = 'GraphiPlus';
my $dsN = "GraphiPlus";
## Obie formy działają (pierwsza przez DSN = Data Source Name/Źródło danych)
## Definiowanie DSN: Panel_Sterowania→Wszystkie_Elementy→
##    Narzędzia_Administracyjne→Źródła_danych_(ODBC)
# my $dbh = DBI->connect("dbi:$dsN", '<UID>', '<PASSWD>',
#   { RaiseError => 1 } ) or die DBI->errstr;
# Albo
my $dbh = DBI->connect("dbi:ODBC:driver={SQL Server};Server=$serverN;database=$baseN;uid=<UID>;pwd=<PASSWD;",
   {RaiseError => 1, } ) or die DBI->errstr;

print "*** Połączono z $baseN ***\n";

## małe litery do.TABELA są istotne!
my $sth = $dbh->prepare("SELECT * FROM dbo.FACTURES ") || die "ERROR" . $dbh->errstr ;  
$sth ->execute();

print "**** Tabela FACTURES:\n";
while ( my @invoiceRecord = $sth->fetchrow_array() ) {
   print (join(";", @invoiceRecord) . "\n");
}

## musi być (w mySQL niekoniecznie)
$sth->finish();

print "**** Tabela SOCIETESS:\n";
my $sth = $dbh->prepare("SELECT * FROM dbo.SOCIETES ") || die "ERROR" . $dbh->errstr ;  
$sth ->execute();

while ( my @invoiceRecord = $sth->fetchrow_array() ) {
   print (join(";", @invoiceRecord) . "\n");
}

$sth->finish();

$dbh->disconnect();

###

Gdybym nie znał nazw tabel to można je ustalić albo za pomocą SQL Server Management Studio, albo wykonując polecenie SELECT na systemowej tabeli pn. sys.tables:

my $sts = $dbh->prepare("SELECT name FROM sys.tables ") || die "ERROR" . $dbh->errstr ;