niedziela, 7 kwietnia 2019

Ozbekiston 2019


Kolega AP z przewodnikiem

Ja (z przewodnikiem)

Plow (przed podaniem/Chust)

Z jednego talerza smaczniejszy/Chust

Chałwa (znakomita/Samarkanda)

Nasz (gapowaty) kierowca

W drodze do Namanganu

Tkalnia w Margilan

Jedwabny dywan (Margilan)

Koło do odwijania kokonów (Margilan)

Słowo klucz: IKAT (Margilan)

Właśnie O'zbekiston a nie Uzbekistan (tak piszą miejscowi)...

Pierwszy dzień dojazdowy. Najpierw Pendolino 6:10--9:35 do Warszawy. Z Warszawy 13:10 Aerofłotem na Szeremietewo. Aerofłot stara szkoła -- podają całkiem fajny posiłek w cenie biletu, za to nic nie sprzedają (ale bilet kosztuje 2400 PLN). Ku swojemu przerażaniu konstatuję, że jedyne buty jakie wziąłem się literanie rozpadają (w Taszkiencie nie będzie 60% podeszwy)--pierwszy raz coś takiego mi się stało. Złośliwość przedmiotów martwych--akurat jak jadę do Uzbekistanu. to mi się buty rozpadły. Jedyne pocieszenie to takie, że mi je Elka wynalazła w szafie i to był jej pomysł...

Zbliżamy się do Moskwy. Pilot ogłasza że za ileś-tam minut będziemy lądować w gorod-gieroj-Moskwa. Najpierw myślałem, że brakuje końca (gieroj-SSSR), ale nie dobrze jest--gieroj-SSSR to był tytuł dla ludzi a dla miast tylko gieroj. Tak czy siak tytuł ustanowiony w ZSRR, a Moskwa dotała go w 1965r. także więc ten-tego...

Szeremietiewo, wysiadamy. Kontrola bagażu--widać nie mają zaufania do wszystkich linii, które obsługują, bo teoretycznie po co ta kontrola. Już byliśmy kontrolowani w W-wie i nie wychodzimy ze strefy zamkniętej. Po kontroli idziemy na nasz drugi terminal. Szeremietewo jest ogromne. Tutaj przesiadka jak jest zaplanowana na godzinę to jest to minimum, jeżeli nie za mało (kontrola bagażu).

My mamy trzy godziny więc spokojnie, oglądamy sobie terminal nic nie kupując (kawa 500 Rubli = 20 PLN czyli dużo). Do Taszkientu polecimy AirBusem 330, samolot większy od standardowych, trzy rzędy foteli 2+2+4 = 8 pasażerów w jednym rzędzie. Każdy ma ekran przed sobą, wyświetlają się tam różne rzeczy, w tym dane dotyczące lotu czy obraz z kamer zewnętrznych... Pierwszy raz czymś takim leciałem

W Taszkiencie jesteśmy planowo o 2 nad ranem (4 godziny różnicy czasu). Wsiadamy w umówioną wcześniej taksówkę do Samarkandy. Podróż po ciemku przebiega bez wrażeń. W połowie przerwa na tankowanie gazu w tank-station w pobliżu placu targowego. Paru handlarzy ciągle na posterunku: siedzą i handlują. Butów nie mają niestety ale można kupić chleb i ryby wędzone sprzedawana w dość, że tak powiem, oryginalnej pozycji (rybie to zwisa w sumie, jak ją ułożą po śmierci BTW) Ryb nie kupujemy, ale chleb na próbę tak. Kierowca za kurs bierze 40USD (jak było ustalone)

Tutaj cały kraj zresztą jeździ (Chevroletami) na gazie, ale nie na propan-butanie tylko ma metanie. Ruch jest ogromniasty a drogi szerokie jak pasy startowe na lotniskach, cztery pasy wte i następne cztery we-wte to częsty widok. Jeżeli nam się coś nie popierniczyło w obliczeniach to 100km kosztuje tyle co 5 PLN, czyli żeby w PL było tak samo tanio jak tu to samochód powinien palić 1 litr. W bagażniku centralnie miejsce zajmuje bańka na gaz--100l a nie 45 jak w PL. Nasz bagaż się w związku z tym zwykle nie mieścił w bagażniku.

Hotel jest 100 metrów od mauzoleum emira Timura. No to się nam trafiło. Standard jak najbardziej. O 10:30 jemy śniadanie i potem od razu idziemy zwiedzać miasto za pomocą wynajętego w hotelu przewodnika (40USD). Jak ktoś sam ustali co i gdzie zwiedzać to pewnie przewodnik zbędny, bo to nie jest jakieś specjalnie rozległe miejsce do zwiedzania, ale my nie ustaliliśmy. Oprócz zwiedzania chcemy kupić: buty, karty SiM i bilety na pociąg do Taszkientu na jutro.

W ramach zwiedzania zabytków robimy skok w bok na bazar. Imponujący wybór warzyw i owoców oraz orzechów i innych bakalii. Ale w temacie butów słabo--chińskie plastikowe. W rezultacie kupujemy jakieś tenisowki. Ciekawe że po ulicy ludzie chodzą w normalnych butach--gdzie oni je kupują? W temacie karty falstart: wg sprzedawcy można kupić ile się chce kart (na osobę) tyle, że chcą paszportu, który nam zabrali w hotelu. Kolega ma kilka paszportów to daje im drugi. Nie z nami te numery Brunner--sprzedawca kartkuje i się pyta gdzie stempel kontroli granicznej. Nie potrzebuje jakiegoś paszportu tylko tego kontretnego--bo musi zeskanować stronę kontroli. Pierwszy strzał pudło zatem.

Po południu idziemy kupić bilet i podjąć drugą próbę zakupu karty. Najpierw bilet. Też trzeba paszport, bilet jest imienny. Pani zakochana -- sprzedaje nam do Buchary za 130tys a my chcemy do Taszkientu przecież. Na szczęście mówi nam co nam sprzedała więc od razu omyłka się wyjaśnia. W temacie karty SIM natomiast kicha. Tym razem też się nie da, bo za późno już jest czy coś...

Rano śniadanie i taksówką na dworzec kolejowy. Dworzec jest ogrodzony a wejście za okazaniem biletu+paszportu. Wejście do budynku dworca tylko po przejściu kontroli bagażu, zakończonej przybiciem stempla na bilecie. Na peron już bez kontroli, ale do pociągu też wpuszczają po pokazaniu biletu. W pociągu kontrola nr 4 (nas nie kontrolują). Facet po cywilu + facet w mundurze ale kazachskim (bo pociąg międzynarodowy).

Taszkiencie planowo o 14:00 jesteśmy, tyle że wysiadamy nie na tym dworcu co trzeba, bo na Taszkient Sewiernyj a kierowca czeka na Taszkient-Jużnyj (o czym na razie nie wiemy). O tyle jesteśmy usprawiedliwieni że na stacji było napisane `Taszkient', jak kupowaliśmy bilet, to do Taszkientu i nikt się nie pytał jakiego. Kierowca również nie uściślał o jaki Taszkient mu konkretnie chodzi. No ale nic sie stalo. Sytuacja się wyjaśniła, kierowca podjechał na Sewiernyj i z dwugodzinnym prawie opóźnienim jedziemy do doliny Fergańskiej gdzie jest Namangan.

Podróż mija bez niespodzianek, ale ponieważ droga wiedzie przez góry (2000mnpm najwyższy punkt który osiągamy), to dwa razy stajmy na sesje zdjęciowe. Po drodze mijamy ludzi sprzedających naręcza dzikich tulipanów, zbieranych dla bieda-zarobku, tak jak u nas dajmy na to jagody. Po drodze kolega AP pyta kierowcę co on na to żebyśmy się zatrzymali na kolację na słynny plow. On na to jak najbardziej i skręcamy na plow w mieście Chust tuż przed Namanganem zresztą. Kolacja jest we wschodnim stylu, co między innymi oznacza siedzenie na dywanie przy niskim stole + konsumcję plowa z jednego talerza--taki jest smaczniejszy. Pierwszy plow w życiu zaliczony...

BTW Chust podobnie jest znany z handlarzy, którzy mają dobre kotakty z Polską i stamtąd ściągają dobry towar w tym używane samochody. Widzieliśmy naczepę do TiRa w polskim malowaniu jeszcze zresztą...

Dwa kolejne dni wypełniły obowiązki służbowe że tak powiem. Gospodarz odbierał nas z hotelu, jechaliśmy na uniwersyet gdzie produkowaliśmy się przed studentami. Pierwszego dnia do wieczora, drugiego do obiadu. Wyszło chyba nieźle, aczkolwiek było mocno to improwizowane w tym sensie na przykład że nigdy mi się nie udało mojej prezentacji dociągnąć do końca (z uwagi na zbyt mało czasu).

Pokazuję gospodarzowi książkę którą przeczytałem przed przyjazdem do jego kraju. Kartkuje w kilka minut: He tells we don't like homosexuals and indeed we do not like them... A ja właśnie tuż przed wyjazdem wyczytałem z mediówm, że opertkowi "przywódcy" w stylu moczymordy Drunckera pajaca Tuska, czy tej idiotki Mogherini obwieścili światu, iż i jakoby priorytetem UE będzie walka z Islamofobią (po zamachu w Churchchrist). Czy oni wierzą w to co oni mówią czy tylko są cynicznymi manipulantami? 90% Islamistów (albo i lepiej) ma w dupie Europę z jej wartościami, które są dla nich pseudowartościami i w zw z tym czy Europa lubi Islamistów czy nie lubi absolutnie im zwisa...

Po obiedzie drugiego dnia koniec i powrót do Taszkietu, ale przez Margilan, gdzie jest manufaktura produkująca różne rzeczy z jedwabiu. Dzięki naszemu gospodarzowi oprowadzono nas po fabryce, w której przetwarza się jedwab od kokona do różnych rzeczy (tkaniny, dywany; słowo klucz google:uzbek+ikat). No więc dla przykładu z 1kg kokonów powstaje 30 dkg nici jedwabnych. Nawinięcie tych 30dkg nici na standardowy motek zajmuje 1 godzinę, wymaga odwinięcia około 30 kokonów (jeden kokon -- 3000 m nici -- co 2 minuty). Dywan jedwabny w formacie 2x0,6m (bodajże) tka się (ręcznie) osiem miesięcy a kosztuje 3000 USD (za m2 nie za dywan). Technika ręczna jak za emira Timura.

Po zwiedzniu fabryki kupiliśmy parę rzeczy w przyfabrycznym sklepie. Ja konkretnie kupiłem dwa szale i kilka tradycyjnych czapek ale wszystko to było z jedwabiu więc wyszło nietanio.

Wyjechaliśmy do Margilan około 15 ale szło nam dość opornie żeby tam dojechać więc zurik jesteśmy w Namanganie około 19 i nie skręcając ani zatrzymując się jedziemy prosto do Taszkientu do którego dociermy grubo po 24:00 czyli już w zasadzie w sobotę.

W sobotę idziemy na bazar Chorsu. Kupujemy różne suweniry i trochę żarcia na obiad, w tym wędzoną rybę którą widzieliśmy pierwszej nocy naszego pobytu tutaj. Ryba efektownie wygląda, w smaku taka sobie. BTW handlarze `stacjonarni' nie są namolini, a `obnośnych' prawie nie ma. Wyjątek: kilkunastu gości wciskających szfran i `herbatę górską' oraz także kilkanaście? żebrzących Cyganek. Te ostatnie szczególnie wkurwiające w tym miejscu, w którym tysiące ludzi cieżko pracuje na groszowy zarobek a te p@zdy nie potrafią inaczej tylko muszą żebrać do tego wykorzystując dzieci (modus opertandi stare jak świat -- Juras O. nie wymyślił niczego oryginalnego) . Nic nie dajemy oczywiście Cyganom, kolega AP kupuje demonstracyjnie herbatę górską na stoisku a nie od obnośnego...

Po obiedzie okazuje się że została nam kupa forsy. Idziemy na Chorsu jeszcze raz, tym razem kupujemy talerze, bo inaczej wrócimy z kupą ichniej forsy do PL. Kupujemy też folię, ale nie do owinięcia żywności tylko naszych walizek nadawanych na bagaż rejestrowy.

I mamy nadzieję że będziemy umieli się ze wszystkim spakować...

W sklepie z talerzami jebłem że tak powiem czołem o (niski) strop z takim oto efektem że krew się leje, klienci przerażeni. Sprzedawcy pytają jak mi mogą pomóc:

-- rugby players do not break

tłumaczę (rugbystą nigdy nie byłem ale ubrany jestem w koszulkę Leicester Tigers, więc co szkodzi poudawać). Po 5 minutach po kryzysie: krew wysycha, zmywamy co trzeba, płacimy za zakupy i idziemy do domu.

Wszystko już tu było: pot i krew:-) Jeszcze tylko łzy nam zostały ale już chyba na nie nie starczy czasu...

W niedzielę pobudka 1:45 (w Wa-wie jest 21:45 czyli jeszcze sobota). Jedziemy na lotnisko, Kierowca nerwowo się pyta o coś, ale w języku. Potem się okazuje że chyba się zorientował, że przyjdzie mu zapłacić 3000 SUM za parking, jak nas podwiezie pod terminal, za co dostanie 7200 SUM, bo tyle mu się należy za kurs. Dajemu mu 10000 żeby nie miał krzywdy (well no trochę miał ale niewielką--200 SUM = 20 gr). Przechodzimy trzy kontrole bagażu (dwie zgrubne, jedna standardowa, taka jak na każdym innym lotnisku). Odprawa: waliza kolegi AP waży 26kg (limit 23kg) ale miła pani z Aerofłotu nie proszona od razu do mnie:

-- wy w miestie? Da?

-- No my w miejstie, konieszno

Dwie walizy 47kg czyli prawie dobrze. Nic nie płacimy za nadbagaż i o 4:30 odlatujemy do Moskwy (ciekawe BTW co znaczy `w miestie' i czy `w miestie' może być np. pół samolotu żeby średnia wyszła 23kg :-)). Około 5:30 stewardessy Aerofłotu zaczynają rozwozić użyn (czyli kolację). W Wa-wie jest jak łatwo wyliczyć 1:30--w sumie się zgadza. Późna kolacja o wpół do drugiej... Lądowanie na Szeremietiewo o 7:05 czasu lokalnego... Lecim galopem z terminala F na terminal D. Start 7:45 do Warszawy, dla odmiany jakimś liliputem 20 rzędowym. Lądowanie jak najbardziej planowe o 9:02 w Wawie. Niestety nasza radość przedwczesna--walizy zostały w Moskwie. Jadą następnym samolotem. Mamy do wyboru albo pojechać bez waliz albo czekać. Wybieramy drugie i faktycznie walizy przylatują. O 12:30 możemy się zwijać do Wawy Centralnej...

Parafrazując Robocopa (z filmu o tej samej nazwie): We will be back...

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami (na razie tylko Samarkanda); zdjęcia. BTW GPS (Garmin Legend) się popsuł w dziwny sposób: jak się go podłącza do komputera to się wyłącza. W rezultacie nie mogę zgrać śladów. Dałem do serwisu i może da się odzyskać dane (stąd na razie tylko Samarkanda + zdjęcia ze smartfona).

środa, 20 lutego 2019

Alan Kurdi refugee boat named

My comment to the information which I have found recently that a (German) boat was named after Alan Kurdi: Refugee boat named in honour of Alan Kurdi more than three years after Syrian boy died at sea... (https://www.independent.co.uk/news/world/europe/alan-kurdi-refugee-rescue-boat-mediterranean-syria-sea-eye-a8773361.html)

Alan (Abdullah) Kurdi family tried to escape from Turkey but failed and his body was wash out in Turkey. There is a EU-Turkey `deal' on (stopping) migrants masterminded by Germany. The deal costs EU-taxpayer 6 billions EUR. If some Germans want more foreigners in their country they better will name a train (zug in German) from Stambul to Munich than a boat. They also should persuade their "mutter" to end the deal with president Erdogan. The train could for example be called Abdullah-Kurdi-Express (AKE).

The fact that Kurdi was a Turkish Kurd changes nothing. If Germany regards Turkish Kurds as war refugees-- as Turkish government in fact fights them--no problem to guarantee (all) of them appropriate status (before bording them to the above mentioned AKE Zug). BTW president Erdogan will be more than happy: he will get rid of Kurds (it is called ethic cleansing btw and is regarded as a sort of a war crime) with the hands of German plain fools (who regards themself of course as sensitive, tolerant etc...).

Aktualizacja systemu do wersji Fedora Core 29

Wreszcie się zdecydowałem na aktualizację fc21 na fc29. Czemu wreszcie? Bo u mnie aktualizacja to zawsze kilkudniowa PITA jest. Coś tam po aktualizacji nie działa i ogólne zamieszanie jest. Ale jak nie teraz to kiedy? Przy okazji to się pochwalę, że moim pierwszym linuksem była fedora w wersji RHL 5, zainstalowana w 1999 roku (albo coś koło tego roku, w Bachotku to na pewno, i na pewno przez Piotra Bolka.) Wychodzi że tym roku będzie rocznica 20 lat używania, tyle że przez pierwsze nie wiem ile lat (kilka) miałem dual boot. Poprzednia Fedora była zainstalowana circa 2015 roku czyli wcale nie aż tak dawno, a jeszcze bardziej poprzednia w 2011 (wersja 11). W sumie to ja tych wersji aż tak dużo nie miałem 5 (redhat), 8, 11, 21 teraz 29. Pewnie jeszcze coś było pomiędzy 5rhl a 8fl, ale co konkretnie to już nie pamiętam.

Tak poza tym to sobie wymyśliłem, że ponieważ mam dwa dyski w NUCu, to zainstaluję nową Fedorę na tym, z którego nie bootuję systemu, więc w razie emergency będę mógł się przełączyć. Nie do końca to działa--stary system się nie bootuje ale na razie nie jest to specjalnie potrzebne. Inny problem to był taki, że NUC po włączeniu w biosie opcji fastboot przestał reagować na F2, tj. niemożliwa była jakakolwiek zmiana ustawień tegoż biosa. Nie miałem pojęcia, że za niemożność przejścia do biosa odpowiada fastboot: Can't Access BIOS Setup with F2 Key for Intel NUC (Fast Boot in BIOS reduces computer boot time. With Fast Boot enabled: You can't press F2 to enter BIOS Setup. USB mice and keyboards are unavailable until after the operating system loads. Disable Fast Boot from the power button menu. Access the power button menu with this sequence: Make sure the system is off, and not in Hibernate or Sleep mode. Press the power button and hold it down for three seconds. Then, release it before the four-second shutdown override. The power button menu displays. Press F3 to disable Fast Boot.)

Powyższe znalazłem jak już problem rozwiązałem. A rozwiązałem go przez przypadek. Jak mi się zasilanie wyłączyło awaryjnie, to NUC zareagowł na f2. Jednym słowem odkryłem nieudokumentowany ficzer NUCa: wyciągnij kabel zasilający z gniazdka, a wtedy f2 też zadziała, mimo opcji fastboot. Sądząc z zawartości google (nuc fast boot enter bios), ta opcja nie tylko jest kłopotliwa dla mnie.

Po bezproblemowej aktualizacji sytemu, wykonałem co następuje:

## Post system update
dnf update
rpm -ivh http://download1.rpmfusion.org/free/fedora/rpmfusion-free-release-29.noarch.rpm
rpm -ivh http://download1.rpmfusion.org/nonfree/fedora/rpmfusion-nonfree-release-29.noarch.rpm
dnf -y install grip emacs mc vlc gpsbabel zip unarj 
dnf -y install gimp xsane ffmpeg dia ImageMagick wine
dnf -y install texlive
dnf -y install @xfce-desktop
dnf -y install fuse-sshfs beep geeqie 
dnf -y install mariadb mariadb-server
dnf -y install R
dnf -y install system-config-printer
dnf -y install aspell aspell-pl aspell-de aspell-es aspell-en

## pobrać trzeba google-chrome-stable_current_x86_64.rpm
dnf -y install google-chrome-stable_current_x86_64.rpm
##
wget 'https://download1.rstudio.org/rstudio-1.1.463-x86_64.rpm'
dnf -y install rstudio-1.1.463-x86_64.rpm 
dnf -y install gretl

Dotąd wszystko działa. Do komunikowania się z blogspotem używam skryptu w Pythonie, który wymaga biblioteki oauth2client. Doinstalowałem z rozpędu także biblioteki Perlowe, które pamiętałem że używam (takie jak perl-Geo-Distance na przykład):

 
dnf install perl-Net-Twitter.noarch perl-Test-LWP-UserAgent.noarch \
  perl-Flickr-Upload.noarch perl-Flickr-API perl-Geo-Distance \
  perl-LWP-Protocol-https.noarch perl-Crypt-SSLeay.x86_64 
##
dnf install python2-httplib2.noarch python3-httplib2.noarch
pip install --upgrade oauth2client

Nie instaluję thunderbirda. Nie widzę potrzeb. Będę czytał pocztę w google-chrome.

Instaluję gtk-recordmydesktop

## zawartość mbriza-recordmydesktop-fedora-29.repo  pobrana ze strony
## https://copr.fedorainfracloud.org/coprs/mbriza/  
dnf config-manager --add-repo mbriza-recordmydesktop-fedora-29.repo
dnf install recordmydesktop

Nie działa sprawdzanie słownika pod Emacs. Ale mój .emacs to bagno więc problem trzeba rozwiązać z tej strony. Podejrzewam w szczególności, że aspell nie działa bo używam kodowania iso w przypadku niektórych plików. Byłoby utf to by działał albo należy dokonfigurować aspella. Wybieram docelowo pierwszy wariant, ale na dziś dokonfiguruję emacsa pod iso-88592. Działa.

Kompilowanie i konfigurowanie ydpdic

Używam czegoś takiego jak ydpdic nieistniejącej już YDPoland. W fedorze trzeba w tym celu posłużyć się nakładką W. Kaniewskiego, a tym celu należy:

dnf install autoconf sysconftool automake libtool
dnf install ncurses-devel gettext-devel  gettext-common-devel
# ściągamy libydpdict/ydpdict ze repozytorium na github
# następnie kompilujemy najpierw bibliotekę potem nakładkę
./autogen.sh
./configure
make && make install
# u mnie z jakiś powodów trzeba to robić jako root

Skrypty obsługujące flickr.com

Wysyłanie zdjęć na flickr.com to u mnie bagno, bo używam śmiertelnie splecionych skryptów napisanych lata temu w Emacs Lispie i Perlu. Oczywiście te skrypty wywołują różne zewnętrzne programy. Całość to klasyczny, patologiczny monolit. Skrypt główny to flickr_upld.pl, który wywołuje flickr_xload.pl. Dane autoryzacji są umieszczone w flickr_utils.rc oraz login2flickr.rc. Te ostatnie są dodawane za pomocą require:

require 'flickr_utils.rc';
require 'login2flickr.rc';

Perl szuka plików-argumentów require w katalogach podanych na liście @INC. Standardowo są to różne katalogi systemowe (/usr/cośtam). Nie chcąc mnożyć bytów -- w sensie rozrzucać moich plików konfiguracyjnych po całym systemie -- modyfikuję @INC w pliku .bashrc:

export PERLLIB=$PERLLIB:/home/tomek/bin
export PATH=~/opt/tex/bin:$PATH

Aby flickr_upld.pl zadziałał trzeba zainstalować Flickr::Upload/Flickr::API (to już zrobione, bo o tym pamiętałem). Się okazuje że trzeba doistalować także:

dnf -y perl-Text-Iconv perl-ExtUtils-MakeMaker perl-Test-Number-Delta
perl-Image-ExifTool
## oraz ręcznie zainstalować (bo tego nie ma w rpmach):
Geo::Coordinates::DecimalDegrees

Po tym wszystkich działa. Aha, nowy Emacs zgłosił błąd przy kompilowaniu funkcji:

(defun My-flickr-remove-all-thumbnails
  ;; usunięcie miniaturek ;;
  (shell-command "rm /tmp/*.thmb")
)

Brak (). Winno być nazwa-funkcji(). Staremu Emacsowi pasowało bez nawiasów ale nowemu już nie. Dobrze wiedzieć i dobrze, że błąd dało się łatwo zdiagnozować (Malformed arglist).

TeX

Miła niespodzianka, że domyślną wersją TeXa jest TeXLive 2018 czyli nowszy niż ten którego sam do tej pory używałem. Niemiłą z kolei jest radykalna zmiana w formacie LaTeX: In current LaTeX release (2018 and later) You do not need to load inputenc as UTF-8 encoding, equivalent to \usepackage[utf8]{inputenc}.

Moje pliki kodowane w iso-88592. Muszę się zastanowić co z tym fantem zrobić. Na razie zastosuję rozwiązanie podane w FAQu: \usepackage[latin2]{inputenc}:

%& --translate-file=il2-pl %% usuń w TL2018
\documentclass[a4,portrait]{seminar}
\usepackage[latin2]{inputenc} %% dodaj TL2018
\usepackage[T1]{fontenc} %% dodaj TL2018

Działa.

R

dnf -y install R-reshape R-reshape2
dnf install R-ggplot2
Brak wyników dla parametru: R-ggplot2
Błąd: Brak wyników
## 
install.packages("ggplot2", dependiencies=TRUE)
## błąd
dnf install R-scales
install.packages("ggplot2")
## Teraz działa ale
#> library("ggplot2");
#Komunikat ostrzegawczy:
#W poleceniu 'strsplit(.Internal(Sys.getenv(character(), "")), "=", fixed = TRUE)':
#  niepoprawny łańcuch wejściowy 63 w lokalizacji

Pomimo tego działa, ale zobaczymy co z tego wyjdzie w dłuższej perspektywie, że tak powiem.

Podsumowanie

System generalnie działa jak działał. Mogę się łączyć z neptune/umbrielem za pomocą moich skryptów (sshfs). TeX działa -- będę testował granice kompatybilności TL2018. Skrypty do obsługi flickr.com działają. YDPdic też działa. Wygląda, że wyszedłem na prostą i zostały ewentualne drobiazgi.

niedziela, 17 lutego 2019

Trzy dni na Malcie

Kraj gdzie przed prawie każdym domem jest święta figura a przed każdym kościołem armata.

Podobno najwyższy wskaźnik ukościołowienia w UE liczony jako K/M gdzie K -- liczba kościołów, N -- liczba Maltańczyków. Gdyby go liczyć jako $m^2$ na maltańczyka to pewnie różnica pomiędzy Maltą a resztą byłaby jeszcze większa, bo tu każdy kościół to nie popierdółka jak za przeproszeniem na Podhalu albo na Suwalszczyźnie -- takiego poniżej kilkuset $m^2$ to my nie widzieliśmy.

Przylecieliśmy tutaj w niedzielę tuż przed północą. Taksówką dotarliśmy do naszej kwatery w dzielnicy Il-Hamrun (H jest tak dziwnie pisane BTW) już w poniedziałek, jakoś tak przed północą. Teoretycznie można było jechać autobusem, ale o tej porze woleliśmy zapłacić 20 EUR i być szybciej niż kombinować i dotrzeć o drugiej czy coś takiego. Nasza kwatera tym razem to nie było samodzielnie mieszkanie tylko samodzielny pokój, więc gospodarze byli na miejscu i nie trzeba było ani dzwonić ani czekać.

Rano śniadanie (w cenie kwatery) o godzinie 8:00 i idziemy oglądać stare miasto w LaValletta. Pogoda jest dobra. Słońce i nie pada, ale prognozy nie są najlepsze. Jeżeli chodzi o przemieszczanie się to pani mówi, że najlepiej kupić bilet tygodniowy na wszystko i jeździć autobusami. Jakoś nie bardzo wiemy gdzie te bilety kupić, a ponadto do starego miasta jest w miarę blisko, więc idziemy piechotą. Dochodzimy do fontanny Neptuna i pętli autobusowej. Elka leci kupić bilety. Się okazuje że są po 21 EUR, tj. za dwa nasz bank skasował nas na prawie 200 PLN. Ela mówi, że bilety jednorazowe są za 1,5 EUR i 3 EUR w zależności od trasy. Jeżeli to prawda, to uprzedzając wydarzenia my przejechaliśmy za 9 EUR pierwszego dnia, za 21 EUR drugiego dnia oraz 15 EUR trzeciego. Razem 45 EUR czyli więcej byśmy zapłacili kupując bilety jednorazowe. Do tego jeszcze 3 EUR za autobus na lotnisko w czwartek rano. Kupno czasowego się widać opłaca, nawet jak byliśmy zaledwie 3 dni a nie tydzień. Od pętli do twierdzy św. Elma jest blisko, idziemy zygzakiem. Bilet do muzeum to 10 EUR, ale warto wejść. Nie ma tam wiele eksponatów, ale sam fort jest godny zwiedzenia. Zaczyna padać, momentami całkiem mocno, o tyle mamy szczęście, że pada a my zwiedzamy. Po obejrzeniu fortu idziemy zwiedzać katedrę św. Jana. Imponująca budowla. Za wejście trzeba płacić (7 EUR jeżeli dobrze pamiętam). Potem zygzakiem najpierw w stronę Castille Place/Il-Barrakka ta Fuq (po drodze natykamy się na budynek maltańskiej giełdy--w warszawskiej nigdy nie byłem a w maltańskiej jak najbardziej), a potem idziemy na drugą stronę głównej ulicy (Triq ir-Repubblika). Jakiś stadion piłkarski--chyba ten co kamieniami polaków obrzucali wieki temu... Elka wreszcie padła--wracamy na główną ulicę i jedziemy autobusem na kwaterę. Docieramy około 16:00, jemy to co przywieźliśmy z domu (zabraliśmy żeby się nie zmarnowało) i o 18:00 wracamy na stare miasto--nocna runda tym razem. Powrót finalny 20:00...

Pierwszy dzień kończymy rozważaniami co robić jutro. Prognozy są nienajlepsze a na pojutrze lepsze. Decyzja jest zatem taka, że jutro do Ir-Rabat, pojutrze na Gozo jeżeli pogoda się poprawi. A jak się nie poprawi to nie pojedziemy na Gozo, bo po co?

Dzień drugi zaczynamy jak pierwszy: śniadanie (w cenie noclegu) z naleśnikami w roli głównej (pani się pytała co chcemy btw, nie to, że nas karmiła na siłę tymi naleśnikami). Potem jedziemy do Ir-Rabat. Tam na pętli autobusowej odkrywam fajny bar. W środku tłok ale obsługa sprawna i tanio. Potem idziemy zwiedzać stare miasto, a po stary mieście idziemy oglądać grotę św Pawła, katakumby i muzeum. Bilet jest jeden za 7 EUR. Grota jak grota, ale muzeum naprawdę warto zwiedzić. Różne rzeczy tam są: malarstwo, akcesoria kościelne w tym a zwłaszcza pamiątki po rycerzach maltańskich. Jest nawet kolekcja Durera, taka bym powiedział nie robiąca wielkiego wrażenie ale zawsze Durer to Durer, a poza tym ja widziałem wystawę Durerików w Norymberdze to jestem rozpuszczony, bo tam były rzeczy imponujące po prostu. Na stronach Google recenzje od rodaków tego miejsca mieszane tyle że mało kto wspomina muzeum. Większość jest rozczarowana grotami... Nie dogodzisz...

Po obejrzeniu miasta jedziemy autobusem na klify. Wysiadamy, po 10 min tak mniej więcej uświadamiamy sobie że w autobusie został nasz plecak. Lekka panika i wracamy na przystanek. Akurat jedzie inny autobus, objaśniam kierowcy co zaszło. A on na to I don't know English. No masz. Ale po włosku mówi, a Elka też. Gonimy ten nasz poprzedni autobus, który zresztą stoi przystanek dalej, bo to koniec trasy jest i widocznie przerwa. Plecak jest i czeka. Cała afera trwała może 30 minut. Wracamy nad morze. Na klifie, jak to na klifie--wieje. Do tego zaczyna padać. Oglądamy co trzeba i autobusem wrcamy do Ir-Rabt.

Czas taki ni-w-5-ni-w-10, ani wracać ani gdzieś jechać dalej. Zwiedzając miasto widzieliśmy efektowne wyroby ze szkła w sklepie pamiątkarskim. Elka mówi że tu jest blisko manufaktura szkła i że być może można to zwiedzać. Jedziemy zatem do czegoś co się nazywa Malta-Craft-Village bo to blisko i po drodze do naszego Hamrun. Tzn. jedziemy w kierunku La Valletta i wysiadamy zaraz za Ir-Rabat na przystanku Quali. Wioskę widać po lewej. Dalej perpedes, ale to blisko. Na miejscu się okazuje, że nazwa wprawdzie bombastyczna, ale w realu jest to po prostu byśmy powiedzieli galeria sklepów pamiątkarskich, tyle że mieszczących się w dość oryginalnych budynkach. Chyba starych hangarach po lotnisku.

Nic ciekawego anyway, do tego ceny z kosmosu. Jakieś muszle po 50 EUR. Ciekawe ile za taką muszlę bierze ten co ją wyłowił BTW. Już chcemy wracać, ale natykamy się na drogowskaz Aviation Museum. Żeby tam dojść to idziemy przez jakąś budowę--generalnie baza ludzi umarłych ale sprawdzić trzeba skoro zaszliśmy aż tak daleko. Trzy hangary, bilet 7 EUR. Zbiory 5razy lepsze niż te w 8 kondygnacyjnym klocu pn. Muzeum 2 Wojny Światowej w Gda. Kilkanaście oryginalnych samolotów i śmigłowców w tym Spitfire, Hurricane i Dakota C-47 w jednym kawałku... Muzeum jest ewidentnie inicjatywą low-budget, eksponaty są w różnym stanie kompletności i sprawności. Ciekawy czy gdyby wysłannicy z Budyniogrodu dotarli tutaj w swoim czasie ze swoimi 500 mln to Maltańczycy by się nie złamali i nie sprzedali np. tego Hurricana do Gdańska. No ale to rozważania teoretyczne: 500 mln już wsiąkło w piasek (a raczej poszło na prawie pustego kloca aka magazyn prawie pustych gablot).

BTW na Gozo też widzieliśmy coś co się nazywało Craft-Village. Może to jest Maltański sposób na wyrwanie kasy z UE? My mamy akwaparki i latarnie na wiatraczki i fotoogniwa czy też muzea bezeksponatowe, a oni pewnie inne patenty jak się wzbogacić łatwo i szybko na koszt podatnika (unijnego).

Ciągle leje i że się zrobiło późno to i zimniej się zrobiło. Ja już chcę do domu. Wracamy z pewnymi komplikacjami około 20:00. Aha obok muzeum był narodowy stadion piłki nożnej. Gdyby to był narodowy stadion rugby to byśmy zwiedzali...

Prognozy na jutro lepsze niż były rano więc jest szansa na Gozo.

Dzień trzeci zaczynam o 6:00 bo chcę zobaczyć jak wygląda Valletta wcześnie rano. No więc ruch jest duży, ludzi na ulicach dużo, wiele sklepów już otwartych. Większość pieszych i czekających na przystankach to czarni. BTW około 8:00 na przystankach sami biali. Miało być równo a wyszło jak zwykle :-) mówiąc zaś poważnie widzieliśmy tysiące czarnych młodych mężczyzn rano jak szli pewnie do pracy nie widzieliśmy czarnych żebraków czy sprzedawców okularów czy kijów do selfie (jak we Włoszech na przykład), z czego by wynikało, że ci nowi przybysze znaleźli tu normalną pracę i nie potrzebny im do szczęścia żaden tow. Timmermans ani towarzyszka Merkel z nowym GeneralPlanOst/przymusowym przesiedleniem. Czyli można...

Dzień się zapowiada ślicznie. W Castille Place/Il-Barrakka ta Fuq Japończycy ze statywami czekają na wschód słońca. To i ja poczekam. Pykami kilka fotek i idę do domu. Po drodze kupuję kawę i (mało dietetyczne) canali. Te ich cukiernie pełne są mało dietetycznych rzeczy a smacznych zresztą, co widać na ulicach: dużo młodych ludzi o znacznej otyłości (Amerykanin by się nie powstydził). Nie wiem czy to faktycznie jest problem, nie wiem czy to jest problem związany z dietą. Ot taka obserwacja uliczna...

Na śniadanie tym razem nie naleśniki tylko zapiekanka: makaron z kozim serem, polany jajkiem. Z początku myślałem że to omlet. Bardzo dobre. Po śniadaniu jedziemy na Gozo. Z naszej kwatery jest to prosta sprawa: autobusem 42 na przystań promową, potem promem na Gozo (5 EUR za bilet w dwie strony). Potem autobusem do Ir-Rabat (aka Victoria) na Gozo. Zwiedzanie zaczynamy od twierdzy, potem kręcimy się trochę po mieście. Przypadkiem natykamy się na filię Radia Maryja. Akurat Biedroń w PL ogłosił program partii Wiosna: nie ma w nim uchodźców ale jest rozdział od KK. Robert ty cienki Bolku, nie ta kategoria wagowa:-) Żeby ojciec T. ciebie nie rozdzielił (na pół na przykład).

Ostatni punkt pobytu: jedziemy autobusem 311 na klify do Id-Dwejra. Serwis trochę słaby jest (off season może) więc trzeba czekać na autobus. Dojeżdżamy i faktycznie warto było. Mamy godzinę do autobusu powrotnego, ale oblatujemy wszystko w 45 minut i dla pewności lecimy 15 minut wcześniej na przystanek. Tym razem niepotrzebnie. Tłoku nie ma, autobus przyjeżdża zgodnie z rozkładem. Około 16:00 jesteśmy na przystani promowej. Prom odpływa za 10 minut. Wszystko idzie jak po maśle, ale do czasu. Po drugiej stronie kupa luda i nic nie jedzie, wreszcie o 17:30 jedziemy do La Valletta ale nie autobusem 42, który by nam bardziej pasował tylko 41, który tak nam pasuje nie do końca. Numer 42 będzie jechał za 15 minut, ale wolimy nie czekać, a nóż przypłynie następny prom i albo będzie problem pn nie wszystkich weźmie (tak było jak jechaliśmy rano z przystani do Ir-Rabat), albo jechanie w ścisku.

Autobusem 41 podjeżdżamy do Birkirkary. Tutaj wysiadamy ponieważ dalsza trasa 41 omija Hamrun. Przyjeżdża 42, bo zresztą się okazuje, że innego pasującego nie ma. Byśmy poczekali na 42 to by pewnie wyszło na to samo...

Dzień ostatni. Że odlot mamy o 8:30 to pobudka jest o 5:00. Pani jest tak miła że nam robi śniadanie i odwozi na przystanek autobusu X1/X4, którym docieramy do lotniska. Elka tradycyjnie się opiera ale kupujemy butelkę maltańskiego czerwonego wina za 10 EUR w sklepie bezcłowym. Musimy na tą Maltę wrócicić bo parę rzeczy zostało do obejrzenia.

Ten tekst napisałem w samolocie wracając z Malty do Gda. Trochę trwało zanim go ostatecznie obrobiłem. Zdjęcia z wycieczki są tutaj: flickr.com albo na mapie.

czwartek, 24 stycznia 2019

Spóźnione podsumowanie 2018


Dystans wg dni tygodnia

Średni dystans wg dni tygodnia

Dystans wg tygodni w roku

Średnio rocznie wg tygodni

To był rekordowy rok w wielu kategoriach:-)

Zacznijmy od pogody, którą mierzę od 2010 roku przypominam. U mnie średnia wyszła 9,56 C, do tej pory rekord to było 9,44 C w 2015 r. Szczegółowo to tak wygląda:

rok     : 2010  2011  2012  2013  2014  2015  2016  2017  2018
--------------------------------------------------------------
średnia : 8.65  8.94  8.17  8.63  9.33  9.44  9.18  8.75  9.56

Rekordowo niska była też suma opadów: 447.9mm (148 dni opadowych); dla porównania w 2017 roku spadło 763,8mm deszczu (194 dni). Rekord do tej pory to 2014 rok: 450,6 (148 dni) czyli w zasadzie tyle samo (z dokładnością do błędu).

Na rowerze przejechałem 19,100 km (302 razy, co nie oznacza dni, bo czasami były dwa razy dziennie). Poprzedni rekord z 2017 r wynosił 17,855 km. Z tej okazji podsumowałem swoje życiowe wyczyny, a mam statystykę szczegółową od 1993 r. Kurcze 26 lat pykło, w których to latach przejechałem prawie 210 tys km. Do tego w latach 1990--1992 przejechałem ponad 20 tys km, ale nie zachowała się niestety dokładna rozpiska. Z okazji tych wszystkich wyczynów podsumowanie zrobiłem wg dni tygodnia i wg. tygodni w roku (wg. miesięcy to liczę na bieżąco). Konkretnie to podsumowanie jest zestawem 7 wykresów słupkowych rysowanych w R. Dane do skryptu i sam skrypt jest z kolei generowany przez prosty program w Perlu:

  #!/usr/bin/perl -w
use Date::Calc qw(Week_Number Day_of_Week);

##my $RRcmd = 'R CMD BATCH'; ## see below

my $color= 'pink';
my $current_yr = 2019;

my %Miesiac = (1 => 'styczeń', 2 => 'luty', 3 => 'marzec', 4 => 'kwiecień',
        5 => 'maj', 6 => 'czerwiec', 7 => 'lipiec', 8 => 'sierpień',
        9 => 'wrzesień', 10 => 'październik', 11 => 'listopad', 12 => 'grudzień',);
my %DoWName = ( 1 => 'pon', 2 => 'wto', 3=> 'sro', 4 => 'czw', 5 => 'pia', 6 => 'sob', 7 => 'nie' );


open(O, ">dow.R") || die "Cannot open!\n";
open(P, 'LANG=C grep "dist\|date" c*.xml|' ) || die "Cannot open!\n";

while (<P>) { 
  chomp();
  ##print ">>$_;";
  if (/date[^'"]+["']([0-9\/]+)["']/) {$date = "$1";}
  if (/dist[^'"]+["']([0-9\/]+)["']/) {$D{$date} += $1;}
}

close(P) || die "Cannot close!\n";

for $d (sort keys %D ) {    
  ($dyy, $dmm, $ddd) = split '/', $d;
  if ($dyy == $current_yr ) { next } ### skip as incomplete

  my $dow = Day_of_Week($dyy,$dmm,$ddd);
  $DoWs{$dow} += $D{$d}; $DoWNums{$dow}++;

  my $woy = Week_Number($dyy,$dmm,$ddd);
  $WoYs{$woy} += $D{$d}; $WoYNums{$woy}++;
  $RdT++;
  $Years{$dyy}=1;
}

@YNo = sort(keys (%Years));
$YNo = $#YNo +1;

print O "##Generated content == do not edit\n";
print O "##By Day of Week\n";
#
for $d (sort keys %DoWs) { 
  $mean = sprintf "%.1f", $DoWs{$d} / $DoWNums{$d}; 
  $t += $DoWs{$d}; 
  $days_totals .= "$DoWs{$d}, ";
  $days_means .= "$mean, ";
  $days_ns .= "$DoWNums{$d}, ";
  $days_labels .= "'" . $DoWName{$d} . "', ";
  ##printf "%-12.12s %7i %.1f (%i)\n", $DoWName{$d}, $DoWs{$d}, $mean, $DoWNums{$d};
  ;
}
$days_totals =~ s/, $//; $days_means =~ s/, $//;
##$days_ymeans =~ s/, $//;
$days_ns =~ s/, $//; $days_labels =~ s/, $//;

print O "days_totals <- c($days_totals);
  days_means <- c($days_means);
  days_ns <- c($days_ns);
  days_labels <- c($days_labels);\n";

print O "barplot(days_totals, 
 main='Distance (total $YNo[0]--$YNo[$#YNo]): $t kms', horiz=F,  
 names.arg=days_labels, col=c('$color'));
barplot(days_means, main='Day means ($YNo[0]--$YNo[$#YNo])', 
 horiz=F,  names.arg=days_labels, col=c('$color'));
barplot(days_ns, main='RideDays (total): $RdT', horiz=F,
 names.arg=days_labels, col=c('$color'));\n";

print STDERR "##Razem: $t\n";

##print "====\n";

print O "\n\n##By Week of Year\n";

for $w (sort {$a <=> $b } keys %WoYs) { 
  $mean = sprintf "%.1f", $WoYs{$w} / $WoYNums{$w}; 

  $vals_totals .= "$WoYs{$w}, ";
  $vals_ymeans .= sprintf "%.1f, ", $WoYs{$w}/$YNo;
  $vals_means .= "$mean, ";
  $vals_ns .= "$WoYNums{$w}, ";
  $vals_labels .= "$w, ";
}

$vals_totals =~ s/, $//; $vals_means =~ s/, $//;
$vals_ymeans =~ s/, $//;
$vals_ns =~ s/, $//; $vals_labels =~ s/, $//;

print O "vals_totals <- c($vals_totals);
  vals_ymeans <- c($vals_ymeans);
  vals_means <- c($vals_means);
  vals_ns <- c($vals_ns);
  vals_labels <- c($vals_labels);\n";

print O "barplot(vals_totals, main='Distance (total $YNo[0]--$YNo[$#YNo]): $t kms', 
  horiz=F,  names.arg=vals_labels, col=c('$color'));
barplot(vals_ymeans, main='Weak means ($YNo[0]--$YNo[$#YNo])', 
  horiz=F,  names.arg=vals_labels, col=c('$color'));
barplot(vals_means, main='Day means ($YNo[0]--$YNo[$#YNo])',
  horiz=F,  names.arg=vals_labels, col=c('$color'));
barplot(vals_ns, main='RideDays (total): $RdT', 
  horiz=F,  names.arg=vals_labels, col=c('$color'));\n";

print O "### ENDE!\n";

close(O);

print STDERR "##R dow.R\n";

system ("R", "CMD", "BATCH", "dow.R");
print STDERR "##xpdf Rplots.pdf\n";

print STDERR "##convert -density 300 Rplots.pdf opus_by_dow.jpg\n";
system ("convert", "-density", "300", "Rplots.pdf", "opus_by_dow.jpg");

Na koniec przyznam że mam mieszane uczucia co do zeszłorocznego wyczynu, w sensie że za dużo wyszło. Oprócz roweru też jest życie...

Tak więc w przyszłym roku raczej rekordu nie będzie.

Szkocka tragedia (po gdańsku)

Budyń-Adamowicz: ofiara. 36 rachunków bankowych i 7--9 mieszkań. Rada Nadzorcza GPEC (przewodniczący). Rada Nadzorcza Zarządu Morskiego Portu Gdańsk (od 2005r.)

Adamowiczowa: żona Makbeta.

Abramowiczowa Janina: teściowa Makbeta.

Stefan Wilmont: morderca. Zamieszkały w Oliwie. Skazany za 4 napady na placówki bankowe w Gdańsku (łącznie zrabował 13 tys PLN) na 5,5 roku pozbawienia wolności.

Dariusz Sokołowski: niepełnosprawny szef agencji ochrony Tajfun (z prokuratorskimi zarzutami za pobicie i bodjże porwanie) wynajętej do ochrony koncertu WOŚP w Gdańsku. BTW kiedyś był taki ktoś: Podinspektor Tadeusz Sokołowski, zastępca komendanta miejskiego policji w Gdańsku (2001).

Hieny (zamiast czarownic): setki nie będziemy wyliczać.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Ogrzewane rękawiczki na rower

Zasilane z USB i zakupione na Allegro za 60 PLN. Drogo, ale spieszyło mi się. Wiem że z Chin via Ebay (na przykład) by było za 20 PLN. Rękawiczki przekombinowane: mają włącznik + trzy poziomy grzania przy czym różnic istotnych między poziomami nie odczuwam (słabo grzeją ale jak ręce nie będą zamarzać to bez znaczenia). Do tego są odłączalne, bo jakiś 30 cm od rękawiczki jest złącze typu jack. Kable są zresztą za krótkie z punktu widzenia moich potrzeb. No i jack się wysuwa łatwo...

Dolutowałem przedłużkę wypierniczając złącze. Pro memoria: czarny na wejściu jacka to biały na wyjściu, tj. od rękawiczki/czerwony na wejściu to szary na wyjściu.

Pro memoria, bo przelutowałem jeden, a drugi okręciłem na razie taśmą izolacyjną (żeby nie wypadał). Jak będzie mi się chciało to kiedyś przelutuję drugi więc warto wiedzieć, który z którym polutować bez rozcinania po raz drugi wtyczek. Dziś byłem w rękawiczkach i było OK. Ciekawe jak długo pociągną bo wyglądają dość delikatnie...

Paweł Adamowicz nie żyje

Wczoraj czyli 13 stycznia został zamordowany. Mordercą jest człowiek, który wcześniej był sprawcą 4 napadów na placówki bankowe, za które to napady został skazany na 5 i pół roku więzienia. Karę zakończył pod koniec 2018 r. (w grudniu bodajże).

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został zaatakowany nożem na scenie WOŚP podczas wieczornego "Światełka do Nieba" w tym mieście. Na miejscu był reanimowany, potem został przewieziony do szpitala, gdzie był operowany. Napastnik to 27-letni mieszkaniec Gdańska z przestępczą przeszłością.

Wygląda na atak człowieka chorego psychicznie, ale nie zamierzam spekulować w tym temacie dołączając do chóru internetowych ekspertów od polityki/bezpieczeństwa/więziennictwa itd lub zwykłych hien usiłujących coś na tej tragedii osiągnąć typu naczelny Wyborczej Kurski czy korespondent Guardiana na Polskę Davies...

wtorek, 8 stycznia 2019

Jak zrobić gruzińskie mchali/pchali

W Gruzji tego nie jadłem przyznam. Wg http://obliczagruzji.monomit.pl/przepisy-kuchni-gruzinskiej/pchali-warzywna-kreatywnosc-w-orzechowym-sosie mchali/pchali to to samo. Zrobiłem wg. przepisu jak poniżej (przypuszczalnie stąd, ale już nie pamiętam na 100% https://www.vegestyl.pl/weganskie-przepisy/przystawki/pchali-gruzinskie):

300 g upieczonych lub ugotowanych na parze buraków; 150 g orzechów włoskich; 1 łyżeczka octu balsamicznego; 1 ząbek czosnku; natka pietruszki, kolendra; 1/2 nasion granata; 1 łyżeczka zgniecionych nasion kolendry; przyprawy: sól, pieprz, chili, tymianek, majeranek. Z taką modyfikacją że bez kolendry (zielonej) i granatów. Zamiast kolendry dałem więcej (zmielonych) nasion kolendry.

Przygotowanie: buraki ścieramy na tarce o grubych oczkach, a następnie rozdrabniamy blenderem podobnie, jak orzechy włoskie. Rozdrobnione buraki i orzechy łączymy razem, dodajemy wyciśnięty lub bardzo drobno posiekany czosnek, ocet winny, zgniecione nasiona kolendry, majeranek, tymianek, posiekaną natkę pietruszki, kolendrę i doprawiamy przyprawami. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy. Z tak uzyskanej masy formujemy kulki i posypujemy granatem, pozostałą pietruszką i kolendrą.

Narobiłem się ja głupi, bo zmiksować coś tak niepłynnego, to nie jest prosta sprawa. Wyszła pasta oczywiście. Zrobiłem też wersję z dynią (zamiast buraków). Rezultat niepowalający w obu przypadkach i jakoś to nie za bardzo schodziło. Raczej nie będę tego robił więcej.

Do tego proporcja 300 g buraków/150 g orzechów jest mało dietetyczna/za bardzo kaloryczna. Alternatywna wersja mchali/pchali nie przewiduje miksowania buraków/orzechów. Po prostu buraki się trze na grubej tarce, posypuje orzechami i przyprawami (np. http://ugotuj.to/ugotuj/174600369/mchali+z+burakow/p/):

60 dag niedużych buraków ćwikłowych; 5 dag wyłuskanych orzechów włoskich; 2--3 łyżki posiekanej natki; 4 ząbki czosnku; 2 łyżki octu winnego; 3 łyżki oleju słonecznikowego; sól+ pieprz.

Buraki gotujemy lub pieczemy. Po opłukaniu w zimnej wodzie obieramy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Orzechy siekamy i mieszamy z burakami, natką, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, octem i olejem. Przyprawiamy solą i pieprzem. Podajemy po schłodzeniu.

Muszę spróbować tej wersja, która wydaje się mieć dwie fundamentalne zalety: mniej kalorii (mniej orzechów -- 8,3% masy buraków zamiast 50%) no i nie przewiduje blendowania, które jest mocno uciążliwe.

Reasumując z kuchni gruzińskiej próbowałem już wykonać samodzielnie: mchali, badridżani z bakłażana (http://obliczagruzji.monomit.pl/przepisy-kuchni-gruzinskiej/baklazanowe-zawijasy-po-gruzinsku) no i czurczele. Bardziej skomplikowane rzeczy typu pierogi chinkali są nie dla mnie. Rezulatat mieszany: mchali i czurczele tak sobie. Badridżani może być ale żeby to jakaś superrewelacja była to też nie powiem. Planuję jeszcze spróbować pelamuszi (zamiast czurczeli), bo to w sumie to samo.

Przepisu na pelamuszi/pelamushi po polsku ni ma to załączam po angielsku, wg. https://www.washingtonpost.com/recipes/georgian-sweet-grape-puddings-pelamushi/14548/:

Tested size: 6-8 servings

Ingredients: 1/4 cup all-purpose flour; 1/4 cup extra-fine or finely ground cornmeal (harina de maiz); Small pinch fine sea salt, plus more for garnish; 32 ounces pure Concord grape juice; 1/4 cup honey, for garnish; 1/2 cup skinned, chopped hazelnuts (may substitute another tree nut), for garnish.

Directions: Whisk together the flour, cornmeal, salt and grape juice in a large saucepan over medium-high heat. Bring to a boil, stirring occasionally; cook for 1 minute, then reduce the heat to medium-low; cook for about 20 minutes, stirring often, until the mixture has reduced by about one-third and you can no longer taste the flour.

Divide the mixture among individual ramekins. Place them in the refrigerator to chill and set for several hours or up to overnight.

Preheat a toaster oven or oven to 300 degrees. Line a small baking pan with parchment paper.

Bring the honey to a boil in a small saucepan over medium-high heat; it will look sudsy. Stir in the nuts until evenly coated; remove from the heat after 30 seconds.

Spread the nuts in the baking pan and sprinkle lightly with salt; bake for 10 minutes, then transfer the nuts to a wooden cutting board to cool, turning them over after 2 or 3 minutes and breaking apart any large chunks.

Serve the chilled puddings in their ramekins, or turn them out onto individual plates. Garnish with the honeyed hazelnuts and a sprinkling of salt.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zbieranie bursztynu na wyspie Sobieszewskiej

Na sprawą TV temat stał się modny. Ja się dowiedziałem o tym sporcie trochę wcześniej od kol. MK, który szuka bursztynu już od paru lat. Bursztyn zbiera się przeszukując wypłukane przez wodę patyki, których -- po sztormie -- są całe ławice. Można czekać aż morze ww. patyki wyrzuci na brzeg, ale lepsze rezultaty daje brodzenie w wodzie. Do tego potrzebne są wodery (minimum kalosze) i podbierak do zagarniania patyków. Bursztyn pływa i jest żółty więc da się go wyławiać podbierakiem (razem z patykami); alternatywnie wyciąga się w ciemno cały podbierak patyków na brzeg a potem wysypuje i ogląda zawartość. W nocy też można szukać, bo w świetle lamp UV bursztyn zabarwia się na żółto-seledynowo i dość wyraźnie go widać. Bursztynu szuka się po sztormie, przy czym wiać powinno w kierunku lądu czyli z północy. Jak nie wiało to go nie będzie, można nie chodzić i nie tracić czasu. W skrócie zatem naukowo: buty + podbierak + sztorm = bursztyn (bursztyn - podbierak = buty + sztorm zatem :-) ).

Więc poszliśmy (mój) pierwszy raz szukać 25 grudnia. Plaża była pusta, ale znaleźliśmy miejsce gdzie trochę tego bursztynu było. No ja byłem średnio przygotowany i wyszkolony. Nie miałem w szczególności wysokich butów i dość szybko woda mi się nalała. Zimno mi się przeraźliwie zrobiło. Byliśmy wszystkiego góra 2 godziny.

Potem był sztorm jak wiadomo. Pojechaliśmy w czwartek 3-ciego stycznia, sztorm jeszcze nie ucichł. Plaża i woda przy brzegu była czysta, w sensie nie było żadnych patyków. Nie było nawet sensu szukać. Przetestowałem nowej wodery z Decathlonu (149 PLN) + kurtkę HH (odgrzebaną z szafy). No tym razem byłem ubrany prawidłowo--jedyny problem to kończyny, zwłaszcza dłonie. Bo żeby zbierać bursztyn to lepiej zdjąć rękawice.

Kolejna wizyta w piątek--byliśmy na Sobieszewie rano, tuż po 4:00. Wiatr już ucichł, ale morze było jeszcze wzburzone. Na plaży były już miejsca, w których zaczęły gromadzić się wypłukane z dna patyki. Było już też sporo ludzi na plaży z latarkami UV. Nie było tylko bursztynu. Poszliśmy pokimać do samochodu, bo szkoda było marnować energię...

Około 7:00 następna próba. Morze wyraźnie spokojniejsze, jeszcze więcej ludzi na plaży, których stopniowo przybywa. W apogeum jest kilkaset osób, które gromadzą się w miejscach, w których fale wyrzucają patyki (i bursztyn). Pojawiają się też media (TVN, TVP, Fakt). Pan z lokalnej Panoramy nawet zrobił ze mną wywiad, ale się okazało, że byłem rezerwą. Puścili wywiad z kimś innym. Rozczarowujące... Zbieraliśmy bursztyn do 14:00. Ja uzbierałem ponad 400 g, w tym okoł 200 g w dużych kawałkach, reszta to okruchy. Nb. bursztyn jest lekki więc nawet całkiem spory kawałek nie waży dużo 12 gramów to mój rekord mówiąc konkretnie (kawałek 40mm długi 20mm szeroki no i jakieś 15mm gruby; wyłowiony z morza zresztą a nie znaleziony na brzegu). Okruchy ważą ułamki grama a wymiarowo zaczynają się od (dużego) łepka od szpilki -- żeby ktoś nie myślał że standardem jest okaz pokazywany w TVN. Absolutnie nie, taki gigant (wielkości pięści), to rzadkość -- ja nie widziałem żeby ktoś coś takiego wyłowił, no ale widać, że jak się ma szczęście to można.

Kolejna wizyta na plaży 6-tego stycznia. Trochę na pałę, bo było wiadomo że będzie tłum (niedziela). I był. Pełno patyków, gorzej z bursztynem. Jak zapadł zmrok się okazało, że nasze latarki UV to zabawki w porównaniu z tym co wyciągnęła konkurencja. Zwijamy manele koło 17:00. Słabo poszło...

Dziś (7 stycznia) pojechałem sam kontrolnie, bez sprzętu. Plaża pusta, morze spokojne, nie ma zbieraczy -- tylko nieliczni spacerowicze. Przeszedłem się od wejścia Orle do Ptasiego Raju zbierając okruchy bursztynu i robiąc zdjęcia. Nawet tych okruchów trochę było (więcej niż wczoraj, w tym trzy w miarę kuliste okazy 15mm--20mm średnicy ważące: niecałe 4 g, ciut ponad 4 g oraz największy -- 5,7 g. Razem wszystkiego wyszło 25 g.)

Teraz trzeba czekać na następny sztorm...

Zdjęcia z wypraw po bursztyn są tutaj: 0401 0601 0701

niedziela, 6 stycznia 2019

Jak zrobić gruzińską czurczelę

Czurczchela: Czurczchela -- gruziński deser produkowany z orzechów i winogron. Znany w Turcji jako Pestil Cevizli Sucuk. Orzechy są wiązane nićmi. Gotowane w soku z winogron i masie z mąki kukurydzianej oraz cukru tworzą coś na kształt podłużnych batonów. Zobacz też: http://weganon.pl/2016/03/gruzinska-czurczchela-2.html (albo wpisz w google Czurczchela).

Spróbowałem wykonać wg przepisu:

Składniki: 1 litr soku (świeżego) z jasnych winogron. ok. 5 łyżek mąki; szczypta soli; 140 g orzechów.

Orzechy nawlekamy na bawełniane grube nici, zawiązując na końcu pętelkę do powieszenia przyszłych orzechowych batoników. Otrzymałam 7 sztuk o długości 12--14 cm.

Sok z winogron podgrzewamy, aż się gotować. W odrobinie zimnego soku z winogron rozprowadzamy mąkę i wlewamy do gotującego się soku, dokładnie mieszając masę, która wyglądem będzie przypominać wodnisty kisiel. Zmniejszamy temperaturę. Po 30 minutach masa zacznie lekko gęstnieć i przybierze kolor jasnego toffi. Lekko solimy. Często mieszamy, by gęstniejący sok nie przywarł do dna garnka. Masa będzie przybierać coraz ciemniejszy kolor i zredukuje objętość. Pod koniec gotowania będzie wyglądała jak kajmak. Obtaczamy w masie sznurki orzechów i zawieszamy do zastygnięcia.

Przepis miejscami nie do końca precyzyjny, co rozumiem wynika ze zmiennej ilości wody w owocach i/lub upodobań kucharza. W szczególności brak jest czasu gotowania.

No to w moim przypadku było 1300 g soku (czyli nieco więcej niż w przepisie) i 100 g mąki. Razem 1400 g. Po 40 minutach gotowania waga masy wynosiła 1080 g.; 60 min. -- 960 g.; 90 min. -- 710 g.; 110 min. -- 580 g.; 120 min. -- 510 g. Czyli po 2 godzinach masa stanowiła 36% wyjściowej a po 110 minutach 41%.

Moim zdaniem przegiąłem pałę i zbytnio zredukowałem sok, co spowodowało, że nie szło w nim zanurzyć sznurka. Jeszcze pierwszy dało się w miarę łatwo oblepić (bo sok był gorący i było go najwięcej) ale już drugi z trudnością a trzeci okazał się ostatnim.

Wniosek: 2 h gotowania to za dużo. Wychodzi że godzina i 45 minut (albo i ciut mniej) absolutnie wystarczy. Albo redukcja masy do 42--45%. Jak mi się będzie chciało to takie będą parametry w drugim podejściu. Także w drugim podejściu bym spróbował wersji nieco bardziej slim, tj. wykorzystując sok z jabłek (tańszy i mniej kalorii), bo wprawdzie prawdziwe churczele są z winogron ale są też wersje z soku z granatów oraz jabłek (widzieliśmy w Gruzji). No i wreszcie bym rozpoczął od 3litrów soku, kończąć na 0,45 $\times$ 3 l = 1,35 l.

Jeżeli ktoś jest w stanie ocenić lepkość po wyglądzie, to po 2 h tak to wyglądało.

Piszę nieco bardziej, bo (podobnie jak wiele innych przysmaków z Gruzji) czurchela za sprawą zgęszczonych winogron/mąki/orzechów to bomba kaloryczna. Raczej nie należy się nią objadać...